Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka / Art. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka / Art. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2013

Zdjęcia z ciemności



Mój ukochany (mówię to z wielkim szacunkiem) Tadeusz Rolke powiedział w wywiadzie ("Fotobiografia PRL" Łukasza Modelskiego) o fotografii cyfrowej: Ja tam nie widzę duszy po prostu. I nawet wielcy miłośnicy fotografii cyfrowej porównują zdjęcia bardzo analitycznie, i są zdania, że ten film daje jednak coś innego, szczególnie w odcieniach czarno-białych. Że jest negatyw, a tam nie ma nic. [...] To degrengolada, te miliardy naciśnięć. To się przecież robi zupełnie bezmyślna czynność.

W przerwie między zajęciami Bownik tłumaczył, dlaczego od wielu lat zajmuje się wielkim formatem, który zabiera mnóstwo czasu i pieniędzy. Dorota Masłowska twierdzi w wywiadzie rzeka, że ucieczka w analogowy świat może uratować relacje międzyludzkie i kontakt z rzeczywistością poza wirtualną. A w każdym razie ratuje ją samą przed dehumanizacją. W dokumencie pt. "Nowojorska ulica w obiektywie" prawie każdy bohater-fotoreporter pracuje na filmie i broni tradycyjnej metody fotografowania. Podstawowy argument? Analogowy aparat wymusza koncentrację, skupienie, nie pozwala na robienie tysięcy zdjęć na oślep i bez celu. Poza tym zapewnia lepszą jakość podczas powiększania i nie wymaga robienia kopii zapasowych tak bardzo, jak obrazy cyfrowe, które łatwo rozpływają się i giną w cyberprzestrzeni. 


Cóż, nie ukrywam, że moja miłość do fotografii zaczęła się od oglądania starych zdjęć mamy i dziadków, w albumach przekładanych pergaminem. A potem wyciągnęłam od taty zenita (kiedyś poszła na niego cała pensja) i z niezadowoleniem przyjęłam informację, że rodzinny sprzęt ciemniowy dawno temu wylądował w koszu jako przeżytek. Pierwsze manualne zdjęcia - na wyprawie do Kopenhagi rogruchotanym samochotem, w środku zimy. Wyszły super. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek zrobię lepsze, chociaż wcale nie umiałam wtedy obsługiwać aparatu. Nie myślałam o fotografii poważnie. To miało być tylko hobby, analogowe na zawsze.


A jednak los wyrzucił mnie z ukochanego mieszkania na Ochocie do dalekiego Londynu. Pracując czasami ponad ludzkie siły, trzymałam się jednej myśli: za tę kasę, krew, pot i łzy, kupię sobie cyfrę Nikona, a potem opłacę Akademię. Nawet jeśli takie studium po magisterce nie ma sensu. Nawet jeśli fotografia to modna i oblegana rzecz. Uparłam się i koniec. Pierwszy raz w życiu nie męczyło mnie poszukiwanie w swoich wyborach sensu. Przypomniały mi się słowa Łukasza, studenta reżyserii na PWST: Robię teatr dla siebie, żeby nie zwariować. Z bardzo egoistycznych pobudek. Nie dla zbawiania świata.  


Przypominam sobie czasem ciężkie chwile, zwłaszcza siedząc samotnie w ciemni, która wciąga i uspokaja. Jestem tu, gdzie chciałam być. Wkładasz klatkę pod powiększalnik, naświetlasz, topisz w kuwecie i pojawia się obraz. Alchemia. Machasz różdżką. Jasno, ciemno. Cisza. Nikon nie jest do tego potrzebny.



Pozytywy wyglądają różnie - odrapane, niedoświetlone, prześwietlone, tu włosek, tu kurz. Ciemnia, przez którą przewijają się dziesiątki rąk. A jednak - jest coś w tym filmie. Jest coś pod tym powiększalnikiem. Mam nadzieję kiedyś wylądować na stałe z analogiem w ręku. Tam, gdzie zaczęłam. A poza tym, związek negatywu i cyfrowego retuszu nie jest wcale taki najgorszy, prawda? 

[Przed Wami skany odbitek, nie negatywów. Zabieg celowy.]









czwartek, 22 listopada 2012

Kroniki londyńskie. Uciec, ale dokąd?


Materiały prasowe.

Jakie jest Chelsea? Bardzo skupione na wyglądzie, luksusie i pieniądzach. Chude kobiety w nieokreślonym wieku biegają popołudniami ze słuchawkami w uszach, mimo tłoku na chodnikach. Wyłącznie drogie knajpy, wyłącznie bogaci ludzie, zza których wychylają się niekiedy chorzy psychicznie i alkoholicy. Tak naprawdę to chyba wszyscy w Chelsea są pijakami, ubranymi w Dolce&Gabbana.                                                    
Nie. To nie do końca prawda. Ludzie tworzą tutaj mikroświaty – na Fulham Rd trochę się znamy, chłopak od kwiatów wpada do naszego pubu na Guinessa z syropem jagodowym, dziewczyna kolegi zza baru pracuje w kawiarni tuż obok sklepu z książkami, wszyscy się schodzą na coniedzielne piwo. Próbujemy tworzyć jakąś wspólnotę w szalonym mieście zwanym Londynem. Prawie każdy skądś uciekł. Davide z małej wioski na granicy Włoch i Szwajcarii, gdzie miał najpiękniejsze widoki na Ziemi, góry i jeziora, ale niewiele poza tym. Zanda z Łotwy, bo było jej za ciasno. Elena z Sewilli, zwiała przed bezrobociem i rutyną. Shiba z Nepalu, przed zimnem i dziczą. Andrea z Alessandrą z Rimini, przed brakiem nowych wrażeń. Daliśmy nogę do „miasta pracowni, miasta maszyny”.    

Obejrzałam niedawno dokument o pragnieniu ucieczki, „Somewhere To Disappear”, w The Photographer’s Gallery. Trailer zauważyłam już jakieś pół roku temu. Wyglądał poetycko, romantycznie, uwiódł mnie pięknymi zdjęciami i głównym bohaterem – fotografem Aleckiem Sothem. Przede wszystkim zatęskniłam za przepastnymi amerykańskimi krajobrazami, wśród których ludzie szukają azylu. Uciekłam z Warszawy do Londynu, który okazał się ciasny, ciężki i przytłaczający. A jednocześnie wspaniały, gościnny, kumulujący wielokulturowy świat, na każdym kroku rzucający wyzwanie. „Somewhere To Disappear” to takie samo rozczarowanie i odkrycie.  Piękno z trailera jest w dokumnecie znacznie ostrzejsze i pozbawione idyllicznej otoczki. Sportretowani uciekinierzy: na przykład skin, który ukrywa się w jaskini przed wyrokiem kolegów. Albo Tony, maltretowany w dzieciństwie, patrzący na świat przez szpary okien zabitych deskami. Pustelnik homoseksualista, który uwił sobie całkiem przytualne gniazdko na środku pustyni, gdzie choduje konie. I nie wiadomo, skąd ma na to pieniądze. Krajobrazy są piękne, ale bohaterowie to bardziej wyrzutki społeczeństwa, skrzywdzeni, szaleni, uzależnieni. My po prostu chcemy tutaj żyć, upijać się codziennie i jarać trawę. Takie życie wybraliśmy – stwierdza jeden z członków męskiej społeczności alkoholików, żyjącej gdzieś w głębi Stanów. To nie jest film o trampach z „Into the Wild” czy współczesnych poszukiwaczach złota. Najciekawszym bohaterem okazuje się fotograf Alec Soth i jego poszukiwanie mitycznej krainy ucieczki, jego tęsknota za izolacją i odpoczynkiem od szalonego społeczeństwa, które narzuca nam wszystkim tempo trudne do zniesienia. Znalazłam w tym dokumencie opowieść o marzeniu, o poszukiwaniu jego realizacji.

                         


Twórcy filmu - młodzi, cudownie szczerzy, skromni, ładni i pełni zapału Laure Flammarion i Arnaud Uyttenhove - bez pijarowego  ściemniania opowiadali o swojej pracy. Nie są parą, ich romans ma czysto profesjonelną naturę. Doskonale się rozumieją jako zespół twórców. Laure jest 27-letnią Francuzką, Arnaud 31-letnim Belgiem Poznali się w szkole reżyserskiej w Paryżu. Swoją postawą, wrażliwością i pomysłami przypominają mi o wszystkich najbardziej wartościowych artystach, jakich miałam okazję poznać. Zadałam im kilka pytań.


Jakich ludzi-uciekinierów spodziewaliście się spotkać, zanim wyruszyliście w trasę w Aleckiem Sothem?

Arnaud: W pierwszej chwili pomyślałem, że pewnie nigdy nam się nie uda znaleźć takich ludzi.
Laure: Nie miałam żadnych oczekiwań. Byłam bardzo otwarta na to, co się wydarzy, a mogło się wydarzyć wszystko...

Czyli rzeczywistość  w żaden sposób was nie zaskoczyła/rozczarowała?

A: Nie myślałem, że zdołamy pokonać aż tyle kilometów, więc różnica między moimi oczekiwaniami a rzeczywistocią jest równa jakimś 20 tysiącom mil.
L: Dzięki temu, że nie miałam pojęcia, co się wydarzy, wszystko było dla mnie jak dar od losu. Nie zawsze łatwy dar, ale jednak dar!

Jaki rodzaj ludzi ucieka w Ameryce od społeczeństwa?

A: Wydaje mi się, że każdy raz na jakiś czas marzy o ucieczce. To taki uniwersalny sen, który każdemu towarzyszy. Nawet, jeśli nigdy się nie decydujemy uciec w rzeczywistości.

L: Próbowaliśmy pokazać w filmie, że marzenie o ucieczce nie jest tylko szaleństwem bezrozumnych wariatów, ale sekretnym marzeniem, które wszyscy skrycie dzielimy.

Jaka jest różnica między pragnieniem ucieczki a rzeczywistą ucieczką?

A: Po prostu wyrusz w drogę, a sama się przekonasz.

L: Myśl/Akcja
    Sen/Rzeczywistość
    Frustracja/Wolność

Na spotkaniu wspomnieliście, że realizowaliście film prawie bez pieniędzy. Jak to możliwe?

A: Robienie filmu zupełnie bez pieniędzy byłoby niemożliwe. 
Mieliśmy producenta.

L: Tak, zrealizowaliśmy ten film z minimalnym budżetem, ale jednak z jakimś! Nasi producenci byli pomocni. Jednak nie oszukujmy się – dokumenty to nie jest działalność dochodowo-przemysłowa. No, chyba, że nakręcisz coś o młodej matce narkomance na zamówienie telewizji!

Czy ta podróż z Aleckiem była waszą osobistą ucieczką przed codziennym życiem, pracą, rutyną?

A: Pierwsza podróż z trzech tak, ostatnia z nich już nie...

L: Może rzeczywiście!

Jak Alec zareagował, kiedy pierwszy raz obejrzał film?

A: Podobało mu się. Ale wszyscy poczuliśmy się trochę nostalgicznie, tęskiniśmy za byciem w drodze.

L: Tak, dokument bardzo mu się podobał i odetchnęliśmy z ulgą!

Nad czym teraz pracujecie?

A: Myślimy nad kolejnym filmem o związanym z fotografią. Poza tym realizujemy własne oddzielne projekty.

L: Piszę scenariusz do komedii i kontynuuję realizowanie dokumentalnych portretów artystów.

Pokażecie „Somewhere To Disappear” w Polsce jakoś niedługo?

A: Nasz film już raz był tam wyświetlany [Gliwice, Czytlenia Sztuki], czemu nie wyświetlic go po raz drugi?

L: Kocham Polskę i bardzo bym chciała, żeby nasz film żył własnym życiem. Bardzo chętnie pokażemy go znowu i znowu!

czwartek, 9 sierpnia 2012

Przygoda z Ryanem McGinley (English version - previous post)

Pamiętam taką chwilę. Przeglądałam rodzinny album mamy i nie mogłam się oderwać od zdjęć, które przenosiły mnie w przeszłość, a jednocześnie żyły własnym życiem i własną historią, dryfującą swobodnie wokół ciasnych ram kadru. To wtedy zaczęłam męczyć tatę o jego stare lustrzanki, masywne jak cegła, nie takie znowu łatwe w obsłudze, kryjące w sobie tajemnicę: jak wyjdą pierwsze zdjęcia po kilkudziesięciu latach? 

I zaraz potem w moim życiu zjawił się amerykański fotograf Ryan McGinley. Przeczytałam o nim na jakiejś lanserskiej stronie, walącej czołem o ziemię przed Nowym Jorkiem. Reszta dnia przepadła, lewa ręka cierpła mi od przytrzymywania głowy wypełnianej treścią z monitora. Zdjęcia Ryana, wywiady z nim na amerykańskich stronach, legendarne opowieści o rozpustnym życiu miasta, które nigdy nie zasypia, ale w obiektywie wygląda świetnie. I te fotograficzne  baśnie o młodych, gołych ludziach-elfach, wpisane w przepastny krajobraz Stanów Zjednoczonych, w busz, góry, rzeki, jeziora, oceany. Słodycz z pieprzem: ryanmcginley.com. Ryan McGinley - wielka gwiazda fotografii gdzieś za oceanem. 



I nagle, tego lata, poznałam Elizabeth. Wpadła do Polski na wakacje z Nowego Jorku, żeby zamknąć w przezroczystym kubku po kawie bezgłowego, przerażającego robala z Puszczy Białowieskiej. Martwa zdobycz stoi u niej w pokoju, ponoć okrywa klątwą właścicielkę oraz osoby z jej otoczenia. Elizabeth  lubi takie mroczne historie, demonstruje mi przy piwie ząb aligatora przechowywany z portfelu. Skąd go wzięła? Z dwutygodniowej, szalonej wyprawy po południu Stanów. Pozowała do plenerowych zdjęć zaprzyjaźnionemu fotografowi, popularnemu w USA. Ryanowi McGinley. 

 "O, słyszałaś o nim? To mój dobry kolega, znamy się z Nowego Jorku. Zrobił mi kilka zdjęć i zaprosił na sesję w podróży, razem z grupą innych modeli, dziewczyn i chłopaków, w większości młodszych ode mnie. To było zwariowane, wspaniałe przeżycie, trochę punkowe. Pracowaliśmy w dziwacznych, często odludnych przestrzeniach. Wskakiwaliśmy na dziko do wody, w której pływały aligatory, co nie jest zbytnio dozwolone. Ryan jednak do niczego absolutnie nie zmusza. Jeżeli ktoś się boi, po prostu pyta, czy aby na pewno ten ktoś nie chce w głębi duszy strachu przełamać. Jest bardzo delikatną, wrażliwą osobą. Najwspanialsze w tej eskapadzie była wspólnota, którą zbudowaliśmy. Przebywaliśmy i podróżowaliśmy prawie wyłącznie w swoim towarzystwie, opiekowaliśmy się sobą nawzajem, stworzyliśmy na bazie całkowitego zaufania jeden organizm z grupy ludzi. Każda sesja to efekt porozumienia, wzajemnego wpływania na siebie... Ten projekt będzie skończony dopiero w przyszłym roku." 


Elizabeth w Warszawie.


Elizabeth na co dzień też ma piękne życie. Dopiero 24 lata, a już zwiedzony kawał świata, od Alaski, Tahiti przez Francję, Polskę i wiele innych zakamarków globu. W Nowym Jorku pracuje między innymi w wydawnictwie projektującym artystyczne książki: http://peradam.info/, a w wolnych chwilach zajmuje się rzeźbieniem i tworzeniem sztuki: http://elizabethjaeger.com/, bo przecież studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. "Powinnaś pojechać na Tahiti, spodobałoby ci się tam! Ale wiesz co, Polska też jest pięknym krajem. Plaże nad Bałtykiem, okolice Białegostoku... To kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku?" 



Mam nadzieję, że jak najszybciej. Nigdy tam nie byłam.  







środa, 8 sierpnia 2012

Ryan McGinley adventure

I remember this moment. I was looking at my mum’s pictures from the past. I was totally enchanted and  focused on them. And then, out of the blue, I asked my dad for his very old SLR camera. It was mysterious  – I was wondering if it still works, after all this years…  

Almost at the same time I discovered American photographer Ryan McGinley. I read about him on some hipster website, authors of this magazine were very much fond of New York. I’ve admiered Ryan’s photos for the half of a day; I was reading interviews with him: legendary stories about riotous city, that never sleeps, but always looks good in the picture. And these photographic fairy-tales about naked people-elfs, about huge American spaces, woods, mountains, rivers, lakes, oceans. Spicy sweetness:  rynamcginley.com. Ryan McGinley: great star of photography from the other side of the world. 



And later, this year, I’ve met Elizabeth. She came from NYC to visit Poland. She keeps a dead, headless, scary beetle in a transparent coffee cup, she collects alligator’ teeth in a wallet. She likes to mess with such a dark stuff. And…it turned out that she’s a friend of Ryan McGinley and that she is his model as well. This year she went with him and a group of other young and beautiful fellows on a journey along the South of USA. They worked on a new photo session. Elizabeth claims that it was an amazing, sometimes a little bit dangerous, kind if punk experience (swimming in a lake with alligators, exploring weird spaces). And that Ryan is very kind, trustworthy, gentile person, who never force people to do something that they don’t like. However, the most important was  work in a group, "one organism". Understanding and trust.  



Elizabeth travels a lot, she’s only 24 but she already went to Alaska, Tahiti, France, Poland and many other parts of the world. She’s an artist, you can check her work here: elizabethjeager.com

Anyway, I hope we will meet each other again. Maybe in New York. I’ve never been there.



środa, 18 lipca 2012

Stado jeży Antoniego (English version - post below)

Decyzja nie była łatwa. Antek Sieczkowski (pisałam o artyście tu: http://warsaw-hedgehog.blogspot.com/2012/04/w-kosmosie-rysunkow-english-version.html) stworzył tyle jeży, kolorów i charakterów oraz napisów, że w przymiarki trwały pół nocy. Wreszcie zdecydowałam się na zwierza, którego wczoraj mój kolega Jacek nazwał "jeżem hipsterskim". Może jest trochę lanserem (ten jeż), ale kojarzy mi się przede wszystkim z różnorodnością tematów, o których chcę pisać; i z pewnym barwnym chaosem znamiennym dla tego bloga. Planuję czasem, z różnych okazji, korzystać też z pozostałych projektów. Żeby nie było nudno. Główny jeż to jednak hipster. Sensownie, prawda? W końcu Warszawa, jak mówią, jest najbardziej hipsterskim miastem w Polsce. Cokolwiek to znaczy. 

Antek: "To wariacja z poprzedniej wersji, kalejdoskop, układ kolorów zawsze można zmienić. "

A: "To gradient przez kilka kolorów, też można zmienić (lub regularnie zmieniać)." 

A: "To niby gradient, ale naturalny i z literką, którą gdzieś znalazłem, udającą jabłko." 

A:   "Ma oko czarne gryzoniowe, a dymek to przykład, że można tam umieścić typo."  
A: "Jakoś przypadł mi do gustu pomysł z kółkiem (znów kreskówki/komiksy) ."

A: "Pierwszy to też opcja cartoonowa, a drugi to to samo, tylko że z policzkiem jak w rysunkach np. Ady Bucholc)."

Antoni's herd of hedgehogs


The decision wasn't easy. Antek Sieczkowski (I wrote about this artist here: http://warsaw-hedgehog.blogspot.com/2012/04/in-space-of-drawings.html) created so many hedgehogs, colors, characters and letterings, that It took me almost the whole night to test all of them. In the end I chose the picture that my friend Jacek called "the hipster hedgehog". Maybe this "animal" is sort of a dandy, but from my point of view he is associated with a variety od subjects that I want to write about; and with a kind of chaos that is typical for this blog. In ten future maybe I will use the other projects as well. However, the main hedgehog is "The hipster hedgehog". It makes sense, doesn't it? After all they say that Warsaw is the most hipster place in Poland. Whatever it means. 

Antek: "This is the variation of the last version, a  kaleidoscope .  You can always change the colors."

A: "This is a gradient through a number of colors which you can change regulary as well." 

A: "This is a sort of gradient, but natural; and there is the letter that I found somewhere. It replaces an apple."

A: "I enjoy the idea with a circle, inspired by cartoons". 

A: "The black roden' eye; you can put the lettering inside the cloud." 

A: "The first is from cartoons again; the second one as well, but with the cheec inspired for example by Ada Bucholc." 

piątek, 27 kwietnia 2012

W kosmosie rysunków (English version - previous post)


Potrafi szczelnie zarysować wszystkie ściany galerii sztuki albo wykleić pracownię tysiącami karteczek z ręcznie wykonanymi obrazkami. Swoje zaskakujące, zabawne, czasem trochę szokujące prace tworzy na bazie wydartych ze szkolnych zeszytów, zabazgranych marginesów. Antoni Sieczkowski kolekcjonuje tym sposobem własne pomysły z dzieciństwa i zderza je z nonszalancką wyobraźnią dorosłego rysownika


Szalony debiut

Wystawa nosiła tytuł „Rysuj, nie ma opierdalania się”. Przez tydzień można było wchodzić do małej galerii Turbo przy warszawskiej ASP i obserwować, jak Antoni Sieczkowski, student V roku Grafiki, zapełnia białe ściany ołówkiem. Gąszcz surrealistycznych, zaskakujących rysunków narastał aż do wernisażu, podczas którego goście oglądali również biurko, fragmenty dzieciństwa i znamienne gadżety z pokoju rysownika. Debiutancka wystawa była jak zaproszenie do wyobraźni ilustratora, który tworzy wszędzie, gdzie znajdzie się coś do pisania i kawałek kartki. Postanowiłem zrobić coś niekonwencjonalnego, ustosunkować się do miejsca i do pomysłu. Dlatego przeniosłem się z częścią swojego pokoju, dobytku, do galerii Turbo. I rysowałem. Chciałem pokazać, że rysowanie to część składowa mnie; coś, co nie ma początku ani końca. I umiejscowić ten proces na chwilę we wszechświecie, zademonstrować – wspomina Antoni. A na koniec trzeba było wszystko, całą tę pracę, zamalować. Nie było mi żal (to nie ja zamalowałem, szczerze mówiąc). Powstała olbrzymia fotograficzna dokumentacja wystawy. Był nawet pomysł, żeby jeździć z tym fragmentem pokoju po świecie, a przynajmniej po Warszawie na początek. Zrobić tournee wystaw.                                                                                               
Podobną konwencją Antoni zaskoczył kiedyś uczestników pleneru rysunkowego. Czasem, kiedy komputer mi się włączał przez 5 minut, rysowałem coś na takich małych kwadratowych karteczkach, bo były pod ręką. Na plener wziąłem ich 1500 albo więcej. Zarysowałem je i wykleiłem nimi całą pracownię.


Z dzieciństwa wycięte
    
Nie ma mowy o wielkich słowach, pretensjonalnych teoriach i skomplikowanej filozofii. Antoni Sieczkowski rysuje pod wpływem formy komiksów i kreskówek, które oglądał we wczesnej młodości. Pochłaniałem je między 1997 a 2001 rokiem – wspomina. Byłem nimi strasznie zajarany. Fascynowały mnie kreskówki z Cartoon Network, wizualnie odjechane, chyba niezbyt dobre dla dzieci, lepsze raczej dla skretyniałych dorosłych. Mnóstwo zadków i takich tam. To były bardzo dziwne rzeczy, ale miały duży wpływ na to, co teraz robię pod względem formy. Podobnie jest z komiksami. Nie chodzi o narrację, tylko o kreskę. Antoni z rozbrajającą szczerością komentuje swoje relacje ze sztuką wysoką. Chyba nic z tej sfery mnie szczególnie nie ukształtowało, traktuję ją jako coś odrębnego od mojej twórczości. Kiedyś wręcz irytowało mnie, że sztuka jest tak chorobliwie napuszona. Interesuję się bardzo wieloma rzeczami z artystycznego świata, ale najbardziej trafia do mnie twórczość z dystansem, na przykład Ziółkowskiego czy Łodzi Kaliskiej. Bardzo mi się podobała książka pt. „TRAUMTAGEBUCH” Bosackiego z rysunkami Bąkowskiego, o snach. Widzę też sens w twórczości Pawła Althamera, który wychodzi poza sztukę w sposób, który może być dla mnie jakoś inspirujący. Chodzi mi o wątek społeczny, ale nie krytyczny.                                                                                      
Treść rysunków Antoniego to często efekt nudzenia się na lekcjach w szkole. Ważne są też zmysł pracowitego zbieracza i szacunek dla wyobraźni dziecka.  Kiedy robię notatki to piszę, piszę, zaczynam rysować, a w pewnym momencie w ogóle daję sobie spokój z notowaniem. Nawet lepiej zapamiętuję, bo kojarzę pewne wątki z rysunkami.  Zacząłem te zarysowane marginesy wydzierać, zbierać,  selekcjonować i wklejać do zeszytów. Teraz mam całe pudełko po butach zapełnione tysiącami niedokończonych obrazków z dzieciństwa. Często je kalkuję, coś dorysowuje, układam kolaże i tworzę z tego wszystkiego ostateczną formę, na bazie moich dawnych pomysłów. Jestem totalnym zbieraczem.


Dyplom i czytanie
         
Antoniego niełatwo spotkać na uczelni, bo woli pracować w domu. Od jakichś trzech lat bardzo dużo czytam. Nie tylko książki, ale też gazety, nawet stare. Uzupełniam swoją wiedzę o świecie. W tym roku powinien również zrobić dyplom, który dotyczy właśnie: tej przygody z czytaniem. Mój projekt dyplomowy to książka dla ludzi, którzy oprócz czytania lubią oglądać obrazki i dla tych, którzy oprócz oglądania lubią czytać. Będzie o rysowaniu, o ilustratorach. Co nie znaczy, że stworzę leksykon. To będzie coś subiektywnego.                                                                                                     
W planach również, być może, komiks (jeśli znajdzie się osoba, która napisze odpowiednią historię, zgodną z wizją Antoniego)   oraz, miejmy nadzieję, kolejne wystawy.   

 Antoni jest autorem tytułowego jeża tego bloga. A oto jego flickr: http://www.flickr.com/photos/antoni1/6964022274/in/photostream

In a space of drawings


He is able to cover every wall in an art gallery with drawings or a studio with small handmade pictures glued to all available surfaces. His surprising, funny, sometimes shocking works are based on childrens' notebooks' drawings. Antoni Sieczkowski collects his own ideas from the past and he confronts them with a nonchalant imagination of an adult drawer


Crazy debut

The exhibition was called „Draw, don’t fuck around”. Antoni, who studies Graphics, had been drawing on the walls of the small gallery “Turbo” for a week. He was covering a bare wall with astonishing and surreal pictures. During the opening, the guests watched a desk, pieces from his childhood and other meaningful stuff taken from the drawer’s room. His debut exhibition was like an invitation to the imaginative world of a brilliant illustrator, who creates art wherever he can find a pen and a piece of paper. I decided to do something unconventional, a response to the place and to the idea. That’s why I moved some stuff from my room to the Turbo gallery. And so I was drawing. I wanted to show that drawing is a part of myself; something without the beginning or the end. I wanted to place this process in the universe for a while. I wanted to show it –Antoni is recalling. In the end, all the walls had to be repainted white. I didn’t feel sad about it. Somebody else did it, to be honest. There is a huge photo documentation of this exhibition. I was even thinking about some kind of a tournee, I wanted to travel with this project around the country.

Antoni surprised everyone during the outdoor workshop for drawers as well. Sometimes, when I wait for my computer to turn on, I draw something on the small cards. They are always around. I brought 1500 cards or more. I made pictures on them and glued them to the walls of the whole studio.    


Cut out from the childhood


No sophisticated words, pretentious theories or complicated philosophy. Antoni Sieczkowski, as an artist, is influenced by comics and cartoons. I was watching them like a lunatic between 1997 and 2001 –he is recalling. I was really into it. Cartoons from Cartoon Network were visually insane, not very proper for kids, rather for silly adults. I found them fascinating. A lot of ass and so on. Very weird things, which definitely influenced my current work, in a formal way. The same thing is about the comics. What was interesting for me, it was the visual side of it, not the story. Antoni describes his relations with serious art in a very honest way. Nothing really inspired me when I was young, this is something completely different from what I do.  I used to find high art very irritating and awfully pompous. Right now I’m very into artistic world. But things which I like are these ones that don’t treat themselves too seriously, for example work of Ziółkowski or Łódź Kaliska. I really enjoyed a book about dreams called “TRAUMTAGEBUCH”, written by Bosacki and illustrated by Bąkowski. I also find Paweł Althamer’s art meaningful and inspiring. It’s about social problems, not criticism.

Antoni’s drawings are often based on ideas from school. He respects childrens' imagination and he is a real collector. When I was a kid, I used to take notes in a special way. First I was writing, then I was drawing on margins at the same time. And in the end I was only drawing. My memory works even better this way, I have more associations with pictures then with words. So I started to collect these drawings from notebooks. Right now I have a whole box filled with them. I copy these ideas, I add something to them, I make collages from them. And in the end I get a new picture based on my ideas from school. I’m a collector, totally.




Diploma and reading


It’s not easy to meet Antoni at The Academy of Fine Arts, because he prefers to work at home. I’ve been reading a lot for the last 3 years. Not only books, but newspapers as well. I try to expand my knowledge about the world. This year he should complete his diploma project. It will be about my adventure with reading, actually. It’s going to be a book for people, who like to read and to watch pictures at the same time. It will be about drawing and about illustrators. It doesn’t mean that I’m working on a lexicon. It will be something very subjective.

Antoni designed the title hedgehog of this blog. This is his flickr: http://www.flickr.com/photos/antoni1/6964022274/in/photostream

niedziela, 22 stycznia 2012

Śpiewać w chórze, ciapać zapałki (English version - previous post)


         Spotykamy się dwa tygodnie przed wyjazdem Chóru Kobiet do Indii. Karolina Szulejewska rozkłada na stoliku kolekcję krajoznawczych folderów z ambasady, w której właśnie wywalczyła wizę. Ma za sobą miesięczne tournee po świecie z 24 śpiewającymi kobietami. W przerwach między występami pojawia się np. w Instytucie Teatralnym jako Dziewczynka z Zapałkami


         Zawsze chciałam występować na scenie, ale nie miałam żadnego doświadczenia. Śpiewałam sobie i kotu. Dlatego, za namową kolegi, poszłam na casting do Chóru Kobiet – wspomina Karolina. Opowiedziałam i wyśpiewałam historię o mojej kocicy. Poszukiwano silnych osobowości i kobiet, które mają odwagę głosową, nie boją się artykułować dziwnych dźwięków. Zostałam przyjęta.

 25 silnych kobiet
         
        Feminizujący Chór to dla Szu (skrót używany przez znajomych) rozwijające doświadczenie, artystyczne i towarzyskie. Jest nas ok. 25 a rozstrzał wiekowy to 50 lat. Najstarsza ma 72 a najmłodsza 22 lata. Niezły eksperyment, w chórze panują warunki społeczne i towarzyskie nie do odtworzenia w żadnej innej komórce społecznej. Grupa bardzo różnych, silnych kobiet, ciężko pracujących i wspólnie podróżujących. W minionym roku spędziłyśmy ze sobą  cały miesiąc,  jeżdżąc po świecie. I znosiłyśmy to dobrze, stałyśmy się sobie jeszcze bliższe. Bliskość tworzy się w specyficznych warunkach. Np. stoimy razem na scenie po 10 godzin, mamy szereg ćwiczeń z ciałem, nawiązujemy ze sobą intensywny kontakt fizyczny. Te dziewczyny są odmienne od moich przyjaciół spoza chóru i pochodzą z najróżniejszych światów. W innych okolicznościach nie poznałabym tak wielu historii życiowych.                                              Chór Kobiet okazał się odkrywczy również na innych poziomach. Pogłębiłam swoją świadomość feministyczną, ale nie od strony teoretycznej – ta była mi już raczej całkiem dobrze znana - podkreśla Karolina. Czytanie o opresyjności kultury wobec kobiet i poznawanie przykładów to zupełnie inne doświadczenie niż wyśpiewywanie tego. Śpiew to przepuszczanie tych treści przez własne ciało, cytowanie różnych stereotypowych wizerunków kobiecości i za pomocą głosu, wspólnej mowy, rozsadzanie ich. Wielokrotne  cytowanie, niejako stawanie się Śpiącą Królewną czy Larą Croft przenika umysł, ale od strony cielesnej.To takie performerskie doświadczenie – bardzo silne.


Od Tokio po Berlin
         
        Dzięki chórowi Karolina wiele podróżuje po świecie. We wrześniu minionego roku kobiety występowały na Ukrainie (Kijów), w Czechach (Pilzno), Irlandii (Belfast), Francji (Lyon), Japonii i Niemczech. Najtrudniej było w Tokio, gdzie odbyły się 4 występy. W Japonii w sytuacjach zbiorowych nie należy się odzywać. W teatrze jest cisza, są bardzo skromne oklaski, mimika widzów nie pracuje, ciężko odczytać reakcje. To było jak zderzenie z lekko ożywioną ścianą. A nie gra się do pustej widowni, tylko do ludzi – wspomina Karolina. Były też spotkania z widzami. Niektórzy nie rozumieli, że coś parodiujemy. Np. scena, w której udajemy księżniczki, czy lolitki, wyginamy się, nie została odczytana jako przegięta. W Japonii stopień zinfantylizowania kobiet jest jeszcze dalej posunięty. Padały pytania, czemu nie ma w występie delikatności, czemu tak krzyczymy. Zadziwiał nasz sposób pokazywania kobiecego ciała. Kobiety w Japonii są niesamowicie obudowane gadżetami, strojem, makijażem, a my pojawiamy się na scenie prawie bez niego, boso, w  prostych ubraniach typu koszulka i spodnie. Taka surowość wyglądu zaskakiwała. To były bardzo trudne spektakle, ciężko było się przebić przez różnice kulturowe.                                            
        Zupełnie inaczej wyglądały występy w Berlinie. Miałam gorączkę, ale zdecydowałam się wystąpić, bo Berlin to moje ulubione miasto. Publiczność była świetna, reagowała żywiołowo i pozytywnie. Byłam wzruszona, zwłaszcza, że występowałyśmy w takim świetnym miejscu jak HAU (Hebbel Am Ufer). Występ mnie wyleczył, bo śpiew i wysiłek odtyka drogi oddechowe, człowiek po prostu zdrowieje.

Dziewczynka z Zapałkami
        
       Na ostatnim Frymarku Teatralnym dużo ludzi zaczepiało pomazaną węglem Karolinę, spacerującą z pudełkiem pełnym zapałek przewieszonym przez szyję. Zwracali jej uwagę, że się pobrudziła. Nie wszyscy zrozumieli żart – śmieje się Szu.

                                                                                                 
       Na pomysł ozdabiania pudełek obliczami swoich ulubionych postaci wpadła dzięki wycieczce do Chorwacji. Zobaczyłam tam zapałki z przyklejonymi Lady Gagą, Marylin Monroe, Audrey Hepburn, samymi najbardziej wytartymi wizerunkami gwiazd. Na  całym świecie pojawiają się one na kubkach i torbach, już nie mogę na to patrzeć” – wyjaśnia Szu. „Zaczęłam się zastanawiać, kto jest gwiazdą i w jakim sensie. I stwierdziłam, że będę przyklejać do pudełek od zapałek zdjęcia moich ulubionych, bawiących mnie antygwiazd. Chodzi o idoli z dzieciństwa i wczesnej nastoletniości – Michaela Jordana, Kurta Cobaina czy Dylana z Beverly Hills (śmiech). Przyklejam też zdjęcia gwiazd trochę zesnobowanych, intelektualnych środowisk, do których przynależę. Wszyscy się jarają Jelinek (jest taka niegwiazdorska, złowrogie spojrzenie, austriacki płaszcz, idealnie na zapałki!); Lacanem, nawet jeśli nie został przetłumaczony; ciężko znaleźć kogoś, kto by nie odwoływał swojej pracy magisterskiej do Foucault’a… Naigrywam się z takich snobizmów, ale też je popieram, bo mają pewien koloryt. Zapałki się wyrzuca, możemy się przerzucić z Lacana na Britney i przyznać przed sobą, że nie słuchamy tylko muzyki indie-rockowej.  


       Karolina prosto podsumowuje swoją działalność: To jest to mój autorski, niekomercyjny projekt. W ogóle nie jestem uzdolniona manualnie, więc dzięki niemu mam satysfakcję, że własnymi rękami coś robię... Ciapnęłam* zapałki też dlatego, że pudełka z gwiazdami to fajny gadżet. A fajny gadżet to nie musi być od razu drogi Iphone!

*„Ciapać” – autorskie,  niezmiernie wieloznaczne i ekspresyjne słowo wprowadzone do slangu przez Karolinę Szulejewską. [Przyp. Red.]