piątek, 22 listopada 2013

Zdjęcia z ciemności



Mój ukochany (mówię to z wielkim szacunkiem) Tadeusz Rolke powiedział w wywiadzie ("Fotobiografia PRL" Łukasza Modelskiego) o fotografii cyfrowej: Ja tam nie widzę duszy po prostu. I nawet wielcy miłośnicy fotografii cyfrowej porównują zdjęcia bardzo analitycznie, i są zdania, że ten film daje jednak coś innego, szczególnie w odcieniach czarno-białych. Że jest negatyw, a tam nie ma nic. [...] To degrengolada, te miliardy naciśnięć. To się przecież robi zupełnie bezmyślna czynność.

W przerwie między zajęciami Bownik tłumaczył, dlaczego od wielu lat zajmuje się wielkim formatem, który zabiera mnóstwo czasu i pieniędzy. Dorota Masłowska twierdzi w wywiadzie rzeka, że ucieczka w analogowy świat może uratować relacje międzyludzkie i kontakt z rzeczywistością poza wirtualną. A w każdym razie ratuje ją samą przed dehumanizacją. W dokumencie pt. "Nowojorska ulica w obiektywie" prawie każdy bohater-fotoreporter pracuje na filmie i broni tradycyjnej metody fotografowania. Podstawowy argument? Analogowy aparat wymusza koncentrację, skupienie, nie pozwala na robienie tysięcy zdjęć na oślep i bez celu. Poza tym zapewnia lepszą jakość podczas powiększania i nie wymaga robienia kopii zapasowych tak bardzo, jak obrazy cyfrowe, które łatwo rozpływają się i giną w cyberprzestrzeni. 


Cóż, nie ukrywam, że moja miłość do fotografii zaczęła się od oglądania starych zdjęć mamy i dziadków, w albumach przekładanych pergaminem. A potem wyciągnęłam od taty zenita (kiedyś poszła na niego cała pensja) i z niezadowoleniem przyjęłam informację, że rodzinny sprzęt ciemniowy dawno temu wylądował w koszu jako przeżytek. Pierwsze manualne zdjęcia - na wyprawie do Kopenhagi rogruchotanym samochotem, w środku zimy. Wyszły super. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek zrobię lepsze, chociaż wcale nie umiałam wtedy obsługiwać aparatu. Nie myślałam o fotografii poważnie. To miało być tylko hobby, analogowe na zawsze.


A jednak los wyrzucił mnie z ukochanego mieszkania na Ochocie do dalekiego Londynu. Pracując czasami ponad ludzkie siły, trzymałam się jednej myśli: za tę kasę, krew, pot i łzy, kupię sobie cyfrę Nikona, a potem opłacę Akademię. Nawet jeśli takie studium po magisterce nie ma sensu. Nawet jeśli fotografia to modna i oblegana rzecz. Uparłam się i koniec. Pierwszy raz w życiu nie męczyło mnie poszukiwanie w swoich wyborach sensu. Przypomniały mi się słowa Łukasza, studenta reżyserii na PWST: Robię teatr dla siebie, żeby nie zwariować. Z bardzo egoistycznych pobudek. Nie dla zbawiania świata.  


Przypominam sobie czasem ciężkie chwile, zwłaszcza siedząc samotnie w ciemni, która wciąga i uspokaja. Jestem tu, gdzie chciałam być. Wkładasz klatkę pod powiększalnik, naświetlasz, topisz w kuwecie i pojawia się obraz. Alchemia. Machasz różdżką. Jasno, ciemno. Cisza. Nikon nie jest do tego potrzebny.



Pozytywy wyglądają różnie - odrapane, niedoświetlone, prześwietlone, tu włosek, tu kurz. Ciemnia, przez którą przewijają się dziesiątki rąk. A jednak - jest coś w tym filmie. Jest coś pod tym powiększalnikiem. Mam nadzieję kiedyś wylądować na stałe z analogiem w ręku. Tam, gdzie zaczęłam. A poza tym, związek negatywu i cyfrowego retuszu nie jest wcale taki najgorszy, prawda? 

[Przed Wami skany odbitek, nie negatywów. Zabieg celowy.]









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz