Pokazywanie postów oznaczonych etykietą London. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą London. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

Jeż świąteczny


Życzę Wam powrotów do miejsc, w których coś przeżyliście, gdzie spędziliście dużo czasu. Ale wyjechaliście. Z czasem te miejsca wydają się słodkie, bo polukrowane nostalgią i dobrymi wspomnieniami. O złych nie ma co myśleć. 


I niech Boże Narodzenie przypomina Wam dzieciństwo, kiedy choinka była atrakcją, prezenty budziły wielkie emocje, a pierwsza gwiazdka mrugała zza firanki. I odpoczywajcie. Piekąc pierniki też można odpocząć. 


Wasz Jeż. (Zdjęcia robione w grudniu na Southbank w Londynie)















niedziela, 30 czerwca 2013

Kroniki londyńskie. Koniec


Od czego zależy, że gdzieś czujemy się po prostu dobrze, na swoim miejscu? Od otoczenia, czy może jednak od nas samych i od stopnia uporządkowania tego, co mamy w głowie? Niektórzy twierdzą, że mogliby mieszkać wszędzie. Inni, że miejsce nie ma znaczenia. Chodzi tylko o ludzi, na których się trafi. Do towarzystwa miałam szczęście, jak zwykle. Ani przez chwilę nie czułam się w Londynie samotna, w każdej chwili ktoś pomocny i wspaniały był obok. Musi więc chodzić trochę o mnie i trochę o miejsce. 


Przez pierwsze dwa dni po powrocie do Warszawy miałam wrażenie, że Londyn to jakiś dziwny sen na jawie, zamknięty w bańce mydlanej latającej mi nad głową. Coś, co zdarzyło się dawno temu albo wcale. Moje miasto było podobne do tego sprzed 9 miesięcy - te same twarze w tych samych miejscach. Nadpalona tęcza na Placu Zbawiciela, pod Planem B jak zwykle tłum, w Eufemii nadal Enchanted Hunters. Upływ czasu zrozumiałam nagle, jadąc rowerem przez ulubioną Ochotę. Oto nieśmiertelny całodobowy monopol spożywczy na rogu Grójeckiej i Słupeckiej został brutalnie zastąpiony przez Carrefour Express! Nagle codzienne zakupy w Tesco Express w Chelsea stanęły mi przed oczami i wszystko stało się realne. Wróciłam do miasta, w którym cieszy mnie zwykła kanapka z chleba z targu, z pachnącym pomidorem od tej konkretnej pani, z jej właśnie pola. Cieszą mnie gorące kąpiele, zmywam z siebie smog Londynu i upierdliwych klientów z pubu, dźwiganie lodu i piwo oblewające ubranie. 


Cieszy mnie rower, kiedy przejeżdżam pół miasta - od Ursusa aż do Krakowskiego Przedmieścia, gdzie Starego gra koncert w wymalowanych od góry do dołu ścianach Kordegardy, a w międzyczasie można skoczyć na wódkę i śledzia do Zakąsek. I, do licha, wolę to właśnie od wiecznie tego samego piwa i chipsów! Odkrywam nowy bar w podwórku przedwojennej kamienicy, a obok nową małą galerię sztuki, gdzie znajomi z ASP stworzyli przestrzeń bardzo ciekawych działań artystycznych (Praca na Szpitalnej). 


Czy będę tęsknić za Londynem? Za śmiesznymi Teddy Boys przepijającymi emeryturę za barem i wspominającymi swoją rock&rollową młodość? Za codzienną porcją adrenaliny i życiem w biegu, bez celu, bez marzeń? Za historiami, na przykład młodego muzyka, który w wieku lat 13 został bezdomnym i od tej pory sam idzie przez życie, od miasta do miasta? Za  zielonym Muswell Hill i kuchnią na Dalmeny Avenue, gdzie czerwone wino lało się strumieniami, a muzyka sprowadzała policję? Za koktajlami od Davide? Za przyjaciółmi i kotem? Oczywiście. 


Ale na razie jestem tutaj i nie widzę tego, że w Polsce jest tak źle, że gospodarka się wali, że należę do straconego pokolenia i że "nie mamy nawet jakiejś armii". A może wolę o tym nie myśleć. Planuję, nurkuję w książkowych zaległościach, wpisuję w kalendarz spotkania z ludźmi (do przegadania ostatnich 9 miesięcy!), powoli porządkuję życie. Pierwszy raz od dawna czuję się spokojnie i bezpiecznie. I zauważam, że jednak coś się tutaj pozmieniało, pojawiły się obrączki na palcach, a w Eufemii, do której wpadłam bez umawiania się z nikim, nie zastałam zbyt wielu znajomych twarzy, za to dziesiątki obcych ludzi świetnie spędzało wieczór. 


Czy mogłabym żyć w Londynie? Pewnie. Każdy mógłby tam mieszkać i wszyscy z resztą mieszkają, cały świat w pigułce. Rezygnuję jednak z anonimowości, wolę spotkać znajomych na ulicy i należeć do kontekstu, który budowałam latami. Przynajmniej teraz.


Jeszcze zatęsknisz! Nikomu nie będzie się chciało wyjść w piątek na miasto i pomyślisz sobie - a mogłam być w Londynie i z nimi pić! - mówiła mi Karolina P. I może tak być, za jakiś czas, ale przecież się nie rozdwoję! 


Będę wpadać. A na razie spróbuję zacząć nowe życie w moim starym mieście. Dopóki znowu nie włączy mi się tęsknota za sprawdzeniem, co się chowa za horyzontem...

wtorek, 4 czerwca 2013

Kroniki londyńskie. Chwilowa lekkość bytu


Powoli, powolutku trzeba zwijać manatki. Ostatni miesiąc w Londynie (ale może wrócę?) to dobry czas zmiany pracy i spontanicznej przeprowadzki. Z małego pubu przy Fulham Road przeskoczyłam do sąsiedniej knajpy o jasnym, ładnym wnętrzu zajętym przez tłum bogatych, często trudnych klientów: Poproszę fish and chips bez frytek, majonezu i panierki. Jak wiadomo potrawa zwana "rybą i frytkami", serwowana na gazecie, składa się z grubych fryt i  ryby smażonej w piwnej panierce. Poproszę burgera bez bułki, sera i sosów, tylko mięso i sałatka. Nie łatwiej zamówić stek? Jak mawia Xav, Portugalczyk: To jedne z tych nudnych bab, co się histerycznie boją węglowodanów. Co za nuda. Brakuje mi tu facetów-menadżerów z ich zdecydowaniem i opanowaniem, mile zaskoczył natomiast artystyczny skład barmanów. Głównie młodzi aktorzy i reżyserzy teatralni, muzyk, ostatnio dziewczyna z produkcji filmowej. 



I czasem myślę sobie: może trzeba jednak zostać, może z tych znajomości wyniknie coś niespodziewanego? Karolina męczyła się trochę i martwiła, że jest niedoceniana, a teraz ma pełnoetatową pracę u renomowanego fotografa i w zasadzie wszystko przed nią. Mateusz przepracowuje się w firmie architektonicznej, ale realizuje się zawodowo i może niedługo rozwinie skrzydła. Znowu wszyscy szukają mieszkań i przewracają życie do góry nogami. Ale - czy to nie jest fajne?


 W Londynie nie ma presji wieku, na studia idą 35-latkowie i nikt się temu nie dziwi. W pubie zatrudniają się wszyscy, najczęściej przedstawiciele wolnych zawodów. Z drugiej strony - przy 6 zmianach tygodniowo nie ma czasu na czytanie, pisanie, zdjęcia, na rozwój. Po pracy najchętniej zagląda się do kieliszka. 


Ale i tak pewnie z perspektywy czasu przyjdą sentymentalne myśli o rozmowach z dziadkami-alkoholikami, wpominającymi swoją młodość, kiedy to podrywali wytapirowane dziewczyny na swój styl zwany Teddy Boy. Teraz Chelsea nie jest tak pasjonujące, jak kiedyś... 


Z jednej strony wszystkim brakuje odrobiny stabilizacji, własnego miejsca , może bezpieczeństwa, z drugiej...cóż, bawimy się tu naprawdę dobrze. 



Północny Londyn pachnie ziołem (tak tak, tym właśnie) na klatkach schodowych, a łosoś na targu kosztuje grosze. Mieszkamy sobie po studencku, im lepsza pogoda, tym życie staje się lżejsze. Największym domowym obowiązkiem jest karmienie kota i zrzucanie go z kuchennego blatu, kiedy Mateusz gotuje rarytasy. 



Dwaj Włosi, moi koledzy z poprzedniego pubu, namówili nas na grilla w ogródku. 



Tak właśnie zapamiętam okolice Camden Town - słońce, bańki mydlane, grillowane warzywa, koce i wino.  I poczucie wolności. 




Co z tym życiem? Pomyślę o tym w Warszawie, bo jeszcze w nią wierzę. Tylko nie zamykajcie, do cholery, Kulturalnej!!!





niedziela, 5 maja 2013

Kroniki londyńskie. Między cyrkiem i salonem


Wysiadasz na stacji South Kensington, gdzie między białymi budynkami - słynne kolumny, schodki, takie tam - przechadzają się dostojnie ludzie w drogich płaszczach i wspaniale zawiązanych apaszkach. Spokój, białe kwiaty na  bezlistnych drzewach, nawet samochody tak bardzo nie przeszkadzają. Uczucie, że nic się tu nigdy nie dzieje, nie zmienia i nic złego zdarzyć się nie może. 


Ty jednak jesteś w kwestii Londynu totalną dziewicą! - mówi Karolina, kiedy roglądam się z niedowierzaniem dookoła, zawieszając wzrok na niespokojnym chłopcu w skórzanej kurtce i przezroczystej siatkowej koszulce. Siedzi na ziemi z jakimiś butelkami, czekając na spóźnionych albo wyimaginowanych znajomych. Moja wiara w modę upada, kiedy napakowany młody mężczyzna-białko goni przez ulicę korpulentną kobietę w obcisłej panterce, podczas gdy dwaj policjanci przyciskają do ściany rozwrzeszczanego chłopaka. Oto Camden Town: już w metrze tłum dwudziestokilulatków, przebranych bardziej niż ubranych, bez skrępowania dzieli na się grupy o różnej skali głośności. 



Światła nad pastelowo oświetloną rzeką, siedziska w kształcie motocyklów, smoki i diabły nad barami, ciemne zaułki z plotkującymi na papierosie dziewczynami o gołych nogach. 



Gdzieś w kątach siedzą ludzie i piją piwo z puszki, po drodze przeklnie jakiś Polak zataczając się zamaszyście. Młody, dobrze ubrany facet z rasowym spanielem o błyszczącej złociście sierści pali papierose i żebrze. Tu jest życie, młyn młodości i szaleństwa. 



 Czym jest Londyn? Gdzie jest Londyn? Jak w ogóle opisać to miasto. Skrajność, skrajność, skrajność.