wtorek, 4 czerwca 2013

Kroniki londyńskie. Chwilowa lekkość bytu


Powoli, powolutku trzeba zwijać manatki. Ostatni miesiąc w Londynie (ale może wrócę?) to dobry czas zmiany pracy i spontanicznej przeprowadzki. Z małego pubu przy Fulham Road przeskoczyłam do sąsiedniej knajpy o jasnym, ładnym wnętrzu zajętym przez tłum bogatych, często trudnych klientów: Poproszę fish and chips bez frytek, majonezu i panierki. Jak wiadomo potrawa zwana "rybą i frytkami", serwowana na gazecie, składa się z grubych fryt i  ryby smażonej w piwnej panierce. Poproszę burgera bez bułki, sera i sosów, tylko mięso i sałatka. Nie łatwiej zamówić stek? Jak mawia Xav, Portugalczyk: To jedne z tych nudnych bab, co się histerycznie boją węglowodanów. Co za nuda. Brakuje mi tu facetów-menadżerów z ich zdecydowaniem i opanowaniem, mile zaskoczył natomiast artystyczny skład barmanów. Głównie młodzi aktorzy i reżyserzy teatralni, muzyk, ostatnio dziewczyna z produkcji filmowej. 



I czasem myślę sobie: może trzeba jednak zostać, może z tych znajomości wyniknie coś niespodziewanego? Karolina męczyła się trochę i martwiła, że jest niedoceniana, a teraz ma pełnoetatową pracę u renomowanego fotografa i w zasadzie wszystko przed nią. Mateusz przepracowuje się w firmie architektonicznej, ale realizuje się zawodowo i może niedługo rozwinie skrzydła. Znowu wszyscy szukają mieszkań i przewracają życie do góry nogami. Ale - czy to nie jest fajne?


 W Londynie nie ma presji wieku, na studia idą 35-latkowie i nikt się temu nie dziwi. W pubie zatrudniają się wszyscy, najczęściej przedstawiciele wolnych zawodów. Z drugiej strony - przy 6 zmianach tygodniowo nie ma czasu na czytanie, pisanie, zdjęcia, na rozwój. Po pracy najchętniej zagląda się do kieliszka. 


Ale i tak pewnie z perspektywy czasu przyjdą sentymentalne myśli o rozmowach z dziadkami-alkoholikami, wpominającymi swoją młodość, kiedy to podrywali wytapirowane dziewczyny na swój styl zwany Teddy Boy. Teraz Chelsea nie jest tak pasjonujące, jak kiedyś... 


Z jednej strony wszystkim brakuje odrobiny stabilizacji, własnego miejsca , może bezpieczeństwa, z drugiej...cóż, bawimy się tu naprawdę dobrze. 



Północny Londyn pachnie ziołem (tak tak, tym właśnie) na klatkach schodowych, a łosoś na targu kosztuje grosze. Mieszkamy sobie po studencku, im lepsza pogoda, tym życie staje się lżejsze. Największym domowym obowiązkiem jest karmienie kota i zrzucanie go z kuchennego blatu, kiedy Mateusz gotuje rarytasy. 



Dwaj Włosi, moi koledzy z poprzedniego pubu, namówili nas na grilla w ogródku. 



Tak właśnie zapamiętam okolice Camden Town - słońce, bańki mydlane, grillowane warzywa, koce i wino.  I poczucie wolności. 




Co z tym życiem? Pomyślę o tym w Warszawie, bo jeszcze w nią wierzę. Tylko nie zamykajcie, do cholery, Kulturalnej!!!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz