niedziela, 5 maja 2013

Kroniki londyńskie. Między cyrkiem i salonem


Wysiadasz na stacji South Kensington, gdzie między białymi budynkami - słynne kolumny, schodki, takie tam - przechadzają się dostojnie ludzie w drogich płaszczach i wspaniale zawiązanych apaszkach. Spokój, białe kwiaty na  bezlistnych drzewach, nawet samochody tak bardzo nie przeszkadzają. Uczucie, że nic się tu nigdy nie dzieje, nie zmienia i nic złego zdarzyć się nie może. 


Ty jednak jesteś w kwestii Londynu totalną dziewicą! - mówi Karolina, kiedy roglądam się z niedowierzaniem dookoła, zawieszając wzrok na niespokojnym chłopcu w skórzanej kurtce i przezroczystej siatkowej koszulce. Siedzi na ziemi z jakimiś butelkami, czekając na spóźnionych albo wyimaginowanych znajomych. Moja wiara w modę upada, kiedy napakowany młody mężczyzna-białko goni przez ulicę korpulentną kobietę w obcisłej panterce, podczas gdy dwaj policjanci przyciskają do ściany rozwrzeszczanego chłopaka. Oto Camden Town: już w metrze tłum dwudziestokilulatków, przebranych bardziej niż ubranych, bez skrępowania dzieli na się grupy o różnej skali głośności. 



Światła nad pastelowo oświetloną rzeką, siedziska w kształcie motocyklów, smoki i diabły nad barami, ciemne zaułki z plotkującymi na papierosie dziewczynami o gołych nogach. 



Gdzieś w kątach siedzą ludzie i piją piwo z puszki, po drodze przeklnie jakiś Polak zataczając się zamaszyście. Młody, dobrze ubrany facet z rasowym spanielem o błyszczącej złociście sierści pali papierose i żebrze. Tu jest życie, młyn młodości i szaleństwa. 



 Czym jest Londyn? Gdzie jest Londyn? Jak w ogóle opisać to miasto. Skrajność, skrajność, skrajność. 










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz