niedziela, 30 czerwca 2013

Kroniki londyńskie. Koniec


Od czego zależy, że gdzieś czujemy się po prostu dobrze, na swoim miejscu? Od otoczenia, czy może jednak od nas samych i od stopnia uporządkowania tego, co mamy w głowie? Niektórzy twierdzą, że mogliby mieszkać wszędzie. Inni, że miejsce nie ma znaczenia. Chodzi tylko o ludzi, na których się trafi. Do towarzystwa miałam szczęście, jak zwykle. Ani przez chwilę nie czułam się w Londynie samotna, w każdej chwili ktoś pomocny i wspaniały był obok. Musi więc chodzić trochę o mnie i trochę o miejsce. 


Przez pierwsze dwa dni po powrocie do Warszawy miałam wrażenie, że Londyn to jakiś dziwny sen na jawie, zamknięty w bańce mydlanej latającej mi nad głową. Coś, co zdarzyło się dawno temu albo wcale. Moje miasto było podobne do tego sprzed 9 miesięcy - te same twarze w tych samych miejscach. Nadpalona tęcza na Placu Zbawiciela, pod Planem B jak zwykle tłum, w Eufemii nadal Enchanted Hunters. Upływ czasu zrozumiałam nagle, jadąc rowerem przez ulubioną Ochotę. Oto nieśmiertelny całodobowy monopol spożywczy na rogu Grójeckiej i Słupeckiej został brutalnie zastąpiony przez Carrefour Express! Nagle codzienne zakupy w Tesco Express w Chelsea stanęły mi przed oczami i wszystko stało się realne. Wróciłam do miasta, w którym cieszy mnie zwykła kanapka z chleba z targu, z pachnącym pomidorem od tej konkretnej pani, z jej właśnie pola. Cieszą mnie gorące kąpiele, zmywam z siebie smog Londynu i upierdliwych klientów z pubu, dźwiganie lodu i piwo oblewające ubranie. 


Cieszy mnie rower, kiedy przejeżdżam pół miasta - od Ursusa aż do Krakowskiego Przedmieścia, gdzie Starego gra koncert w wymalowanych od góry do dołu ścianach Kordegardy, a w międzyczasie można skoczyć na wódkę i śledzia do Zakąsek. I, do licha, wolę to właśnie od wiecznie tego samego piwa i chipsów! Odkrywam nowy bar w podwórku przedwojennej kamienicy, a obok nową małą galerię sztuki, gdzie znajomi z ASP stworzyli przestrzeń bardzo ciekawych działań artystycznych (Praca na Szpitalnej). 


Czy będę tęsknić za Londynem? Za śmiesznymi Teddy Boys przepijającymi emeryturę za barem i wspominającymi swoją rock&rollową młodość? Za codzienną porcją adrenaliny i życiem w biegu, bez celu, bez marzeń? Za historiami, na przykład młodego muzyka, który w wieku lat 13 został bezdomnym i od tej pory sam idzie przez życie, od miasta do miasta? Za  zielonym Muswell Hill i kuchnią na Dalmeny Avenue, gdzie czerwone wino lało się strumieniami, a muzyka sprowadzała policję? Za koktajlami od Davide? Za przyjaciółmi i kotem? Oczywiście. 


Ale na razie jestem tutaj i nie widzę tego, że w Polsce jest tak źle, że gospodarka się wali, że należę do straconego pokolenia i że "nie mamy nawet jakiejś armii". A może wolę o tym nie myśleć. Planuję, nurkuję w książkowych zaległościach, wpisuję w kalendarz spotkania z ludźmi (do przegadania ostatnich 9 miesięcy!), powoli porządkuję życie. Pierwszy raz od dawna czuję się spokojnie i bezpiecznie. I zauważam, że jednak coś się tutaj pozmieniało, pojawiły się obrączki na palcach, a w Eufemii, do której wpadłam bez umawiania się z nikim, nie zastałam zbyt wielu znajomych twarzy, za to dziesiątki obcych ludzi świetnie spędzało wieczór. 


Czy mogłabym żyć w Londynie? Pewnie. Każdy mógłby tam mieszkać i wszyscy z resztą mieszkają, cały świat w pigułce. Rezygnuję jednak z anonimowości, wolę spotkać znajomych na ulicy i należeć do kontekstu, który budowałam latami. Przynajmniej teraz.


Jeszcze zatęsknisz! Nikomu nie będzie się chciało wyjść w piątek na miasto i pomyślisz sobie - a mogłam być w Londynie i z nimi pić! - mówiła mi Karolina P. I może tak być, za jakiś czas, ale przecież się nie rozdwoję! 


Będę wpadać. A na razie spróbuję zacząć nowe życie w moim starym mieście. Dopóki znowu nie włączy mi się tęsknota za sprawdzeniem, co się chowa za horyzontem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz