Czasem dzień jest zły. Komuś na zajęciach z oświetlenia leci aparat ze statywu akurat na twoich oczach, nagle atmosfera robi się nerwowa i myśli krążą jak muchy wokół pieniędzy. Że wszystko kosztuje, że tak łatwo stracić marzenia na rzecz spłacania kredytu, że zawsze gdzieś tam czeka na swój moment dentysta, a za nim sznur innych lekarzy. I że w ogóle ciężko sobie radzić ze wszystkim samemu, a trzeba. Zadziwiające, jak łatwo poprawić humor nowym-starym aparatem z giełdy fotograficznej. Gdzie panowie i panie w średnim wieku radośnie handlują sprzętem, który przeszedł przez wiele rąk i "widział" więcej niż ja w swoim 27-letnim życiu. Nikon FM, o którego wartość nie muszę się martwić (bo jest mój własny za 400zł!) a z nim spacer do parku, krótka wizyta w TR, wdychanie zbliżającej się zimy. Co jest wspaniałego w fotografii? Wyostrzenie zmysłów na świat, zauważanie szczegółów, kontakt i jednocześnie obserwacja. Nagle drobne przypadkowe zdarzenie, okruszek okruszka w czasoprzestrzeni, zmienia się w coś znaczącą klatkę. I nie chodzi mi do końca o "decydujący moment" ani o Barthesowskie punctum (chociaż to drugie jest mi bardzo bliskie). Chodzi o moją własną postawę wobec świata, przytępioną Facebookiem i internetem w ogóle, szybkością kultury obrazkowej. Nagle jestem w stanie skoncentrować się i widzieć. Odczuwać. Świat jest bardzo ciekawy, nawet jeśli życie nie głaszcze po d. Banał, ale tak jest. I dobrze.






Może banał, ale ładnie powiedziane. Jak bardzo chce się człowiekowi uciekać w takie szczegóły, fragmenty. Mnie też to boli:)
OdpowiedzUsuń