Pojechałam na wakacje do Polski z jedną ważną myślą: po powrocie zaczynam nowy londyński etap. Szukam pracy w kulturze, poznaję nowych ludzi, coś się musi zacząć dziać. Pierwsze pół roku na emigracji zawsze jest do bani. Tak naprawdę dopiero po wielu miesiącach zaczyna się rozkręcać, zaprzyjaźniasz się z ludźmi, naprawdę znasz miejsce i odnajdujesz się w nim. Z czasem robi się super - powiedziała mi kiedyś Agnieszka.
Pracy na razie nie ma, chociaż CV rozniesione. Zmiany przyszły same. Chcesz dodatkowe godziny w tym tygodniu? Ale nie w tutaj... Wzięłam i oto jestem już trzeci tydzień w nowym miejscu, gdzie zostaję do końca miesiąca. Co najmniej. Ciężko - bieganina, chaos, usterki, obcy grunt, zupełnie jak początki w pierwszej pracy. Stres. Ale też nowi ludzie, w tym jedna życzliwie troskliwa, zbierająca po mnie stłuczone szklanki. Czas mija szybko i na wysokim stężeniu adrenaliny. Stali klienci alkoholicy, wymagający bogacze, mili staruszkowie z rodzinami, po staremu. Jest trudniej, ale przynajmniej są emocje.
Tymczasem do moich ulubionych zakątków Londynu dołączyło zielone Muswell Hill, wysunięte daleko na północ. Po ciężkim od smogu centrum - zielony las z kawiarenką ukrytą między chaszczami i knajpa w pałacu na wzgórzu, za barem dziewczyna wspominająca Nową Zelandię. Do tego ogródek i widok na całe miasto. Spokojnie, przytulnie, można odpocząć od pędu. Pewnego dnia, po bezsennej nocy, czekamy na wschód słońca. Niestety, zamiast czerwonej tarczy na horyzoncie wiszą tylko chmury. Angielskim zwyczajem.
Londyn to takie przedłużenie sobie młodości.
A poza tym kilka dni spędzonych na próbie zrozumienia fenomenu "Doktora Who", czegoś szalenie brytyjskiego. Artykuł będzie w czercowym "Filmie".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz