Pub sprzyja wszelkim nałogom. Przychodzę o 10 rano, witają mnie zamknięte drzwi, zgaszone światła, za szybą krzesła ustawione na stołach. Menadżer znowu się spóźni. Chyba trzeba zapalić, bo ile można stać bezczynnie. Zimne wyspiarskie powietrze. Phil z kwiaciarni macha mi na dzień dobry z drugiej strony ulicy, o 10.03 pani z pieskiem okutanym we wdzianko pokonuje codzienną spacerową trasę. Chłopak od rzeźnika, potężny, brodaty, wytatułowany, przechodzi przez pasy, puszcza do mnie oko i oznajmia, że przyniesie mięso jak otworzymy mu drzwi. Wreszcie ulicą przemyka B.L., niegdyś słynny fotograf, który odkrył Twiggy dla świata. Ubrany na czarno, w kapeluszu, z kolorową muchą. Jeszcze tu wróci.
O 11 wszystko gotowe, można wypić kawę opierając się o blat, pogadać z szefem kuchni i menadżerem. Wkrótce przychodzi Mr Miserable, Pan Ponury, zwany też Scrooge'em. Na typowo angielskie "co dla ciebie, przyjacielu", odpowiada: "nie jestem twoim przyjacielem". Na życzenia "Wesołych Świąt" odbulgotał, że świąt nienawidzi. Kaszle papierosowo w szmacianą chustkę, załatwia biznesy przez telefon i czyta gazetę. Robi tak od 45 lat, w tym samym pubie, mimo zmian wnętrza i właścicieli. Zanim przekroczy próg, już czeka na niego kufel gorzkiego piwa, który trzeba będzie napełniać jeszcze dwa razy, uważnie licząc przedtem łyki, żeby nie przegapić ostatniego. Raz jeden Pan Ponury rozchmurzył się dziwnie, rozejrzał po pustym pubie (był jedynym gościem) i powiedział do mnie z zadowoleniem: "pusto i spokojnie jak nigdy". Chwilę potem zarzucił prawie wesoło palto i wyszedł. Normalnie nigdy nic do mnie nie mówi, oprócz ponurego "dziękuję". Po tym niecodziennym wydarzeniu starzec nie pojawiał się długo, chyba z tydzień. Szczerze mówiąc podejrzewaliśmy, że może zszedł z tego świata, bo, jak mówią mędrcy, "przed śmiercią zawsze tacy weseli". Pewnego słonecznego dnia wrócił jednak w berecie z antenką, jakby mniej zgarbiony i odrobinę mniej ponury. Musiał być na wakacjach w Paryżu. Czasem słyszę, jak rozmawia przez telefon po francusku. Zdarzyło się też, że poprawił nam napisane kredą na tablicy słowo "omelette".
Później wpada grupa wzajemnej adoracji, z Cruellą Demon na czele. Ta chodząca przestroga przez operacjami plastycznymi podobno nie może pić wody, bo by eksplodowała, więc raczy się przez cały dzień jedynie białym winem. Otacza ją wianuszek czerwonych na twarzy adoratorów, zawsze tych samych. O czym rozmawiają dzień w dzień, przez długie godziny? Głównie o życiu innych ludzi, bo ich własna egzystencja już dawno temu przepadła na dnie kieliszka.
B.L. wraca, zagląda przez okno. Wchodzi i pyta o Daisy, naszą barmankę-tancerkę wyjątkowej urody. Przyniósł jej własnoręcznie zrobioną kartkę urodzinową. Mimo podeszłego wieku, wciąż ogląda się za młodymi dziewczynami. Robi zdjęcia przestarzałym modelem aparatu, może już nie ma pieniędzy na nowszy? Patrzy się na mnie i mówi, że mam wyjątkowo wyraziste spojrzenie, a w Afryce ludzie witają się mówiąc: "pokaż mi swoje oczy". Strzela zdjęcie znienacka. Po jakimś czasie wraca z odbitką i autografem, jak zwykle kilka klatek w kolażu. Nosi przy sobie cały plik podobnie uchwyconych , przypadkowych twarzy. W Anglii mówią o takich ludziach: "wydaje się, że w środku ktoś jest, ale tak naprawdę tam już nikogo nie ma". Cień słynnego fotografa w czerni.
Puby, karczmy, to powinny być wesołe miejsca. Czasami jest przyjemnie, grupy młodych ludzi grają w gry planszowe; matka z córką jedzą obiad; dwie staruszki wspominają dawne czasy przy kieliszku wina. Ale między tymi roześmianymi twarzami zawsze siedzą czerwononosi samotnicy, z pomieszaniem w głowach, ze zmarnowanym życiem.
"Mamy rezerwację na 90 osób od południa. Chrzciny filipińskiego dziecka." Przedziwny dzień. Przestawiamy stoły, rozwieszamy balony dziecięce, różowe, w kuchni od rana praca wre - tworzy się setki burgerów, pizz, kiełbas w bekonie, wszystko w wersji mini. Będzie dużo dzieci. Dźwigamy soki z piwnicy, ma być też dużo coli. Jak sobie poradzić z biegającymi pod nogami małymi ludźmi? W pubie? Dwie godziny później patrzymy na siebie zdziwieni: "jesteśmy w raju". Davide bawi się z dziećmi balonami, trzy krasnoludki siedzą za barem i za każdym razem, kiedy zjedzie winda z jedzeniem, wydają z siebie podekscytowany pisk. "To jest czarodziejska winda! Wyczarowuje mini burgery na zawołanie! Tam jest kucharz wysoko? A jak on się dostał na górę? Jeździ tą windą? Naciśniesz dla mnie guzik jeszcze raz?" Wreszcie nie ma czerwonych smutnych twarzy z nochalami w kuflu. Wszystko poszło tak dziwnie łatwo.
Od kwietnia przechodzę na pół etatu. Nagle widok tych codziennych, samotnych, starych gości zaczął na mnie źle działać.
Polecam ten film:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz