Londyn to intensywność, brak odpoczynku, pęd, dziwnie skurczony czas. Czasem gdzieś między przecieraniem baru szmatą, a rozmowami z nadludźmi Hollywoodu w spływających złotem hotelach na Myfair, uda się spotkać ciekawą osobę. W tym mieście życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy znajdujesz własny kąt, własny pokój w mieszkaniu z fajnymi ludźmi. Kiedy masz tę przestrzeń azylu, połowa sukcesu za tobą. Pracę w sztuce najlepiej znajduje się chodząc i pytając osobiście. Tutaj nie należy żyć bez planu, ale plany realizują się bardzo wolno i mozolnie - mówi znad książki "Musimy porozmawiać o Kevinie" Hiszpan, artysta. Zamykam pub, a on siedzi przy barze, trochę czyta, trochę ze mną rozmawia. Pracuje w teatrze, gdzie widuje Kevina Spacey, Eddie Redmayna, a Judi Dench gra główną rolę w spektaklu. W Hiszpanii nie ma pracy, tutaj są jakieś perspektywy, chociaż pogoda to dla ludzi ze słonecznych krajów katastrofa.
Łatwo o nowe znajomości, ulotne i kruche, ciężko o przyjaźnie. Są tu chyba wszystkie kultury świata, a jednak Włosi kotłują się we włoskich mieszkaniach na kupie, Hiszpanie wynajmują razemi i jedzą swoje pikantne brunche, a ja weekendy najchętniej spędzam na północy, gdzie wreszcie można się uchachać przy winie po polsku. Opuszczam Chelsea, wjeżdżam na Holloway lub na Muswell Hill, skąd rozciąga się wspaniały widok na Londyn, i domatorsko spędzam czas, oglądając filmy, tańcząc i śpiewając. A rano do pracy. Łapię po drodze winogrona i jakoś to będzie.
Znajomi są jednak w północnej części, gdzie indziej, w ciągu tygodnia pracują. Miewam dni wolne porozrzucane losowo po siedmiu, bez rytmu i regularności. Kiedy znajduję czas, uprawiam samotne szwędactwo z aparatem. Wtedy najlepiej słychać i widać miasto, jego kolory, twarze, melodie uliczne, kształt budynków na horyzoncie.
W okolicach Barbicanu jest paskudnie, a Museum of London to jeden z brzydszych budynków - bunkrów, jakie widziałam. Gadżety w sklepiku, ze wskazaniem na maskotki-szczury upamiętniające Wielki Pożar Londynu z diabelskiego 1666 roku, wiele wynagradzają.
The Photographer's Gallery. Tym razem wystawy raczej suchutkie, beznamiętne, na wysokim intelektualnym poziomie. Przyjemna zabawa camerą obscurą. Ale widok z okna!
Good morning, Borough! - wrzeszczy kupiec rozkładając stragan z serami na największych targu żywnościowym miasta przy London Bridge. Na murkach siedzą studenci, jedząc śniadania i lunche, pod katedrą samotny mężczyzna wcina kanapkę. Piję świeży sok marchewkowo-imbirowy, podziwiając wszystkie grzyby świata, pachnące granole w ekologicznych paczkach, nieprzebraną ilość dań wystawionych na łyżkach do spróbowania.
Na chodniku, w mniej tłumnym miejscu siedzą młodzi ludzie, kończąc ucztę. Obok początkujący student Akademii Sztuk Pięknych szkicuje ludzi i targ, cierpliwie i w skupieniu.
Nie ma jak Borough!
Najładniejsza część Londynu to mosty, niezaprzeczalnie. Nad rzeką to mało wdzięczne pod względem architektonicznym miasto nabiera wreszcie pewnej lekkości. A przechodząc z ciekawości na drugą stronę, słyszymy dźwięki deszczowej muzyki, tak sobie ładnie plumkają grajkowie mostowi.
Pewnego ranka trafiam do Docklands, na plan filmowy znanego serialu (nie mogę nic zdradzać - embargo). Od razu widzę, że ten wietrzny, chociaż słoneczny dzień zapozna mnie z ulubioną londyńską okolicą. Widok na rzekę i ładne niskie domki, przycumowane statki, niesamowicie posępny Millenium Mills z wybitymi oknami, o klimacie pokrewnym do Fabryki Ursus lub Stoczni Gdańskiej. Na Wyspie Psów, małym angielskim Manhattanie, pływa ławica łódek z papieru. Później zauważę w internecie zdjęcie Marcusa MB (http://www.marcusmb.com/) z Saatchi Gallery - chłopak siedzi nad wodą i patrzy na odpływające papierowe łódki. Praca ma tytuł: "The fear of unrealized dreams".
Wdrap się wysoko na Canary Wharf, żeby potem zejść wzdłóż rzeki w stronę London Bridge. Najbardziej spektakularne, klimatyczne widoki w mieście, a dookoła cisza, kilku samotnych wędrowców siada na ławkach i patrzy się na wodę. Ten wietrzny kawałek Londynu mogę uznać za "swój kąt".
Więcej zdjęć na kalimru.blogspot.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz