wtorek, 29 stycznia 2013

Kroniki londyńskie. Odkrywam Biegun Północny



6 dni w Warszawie. 50 minut z Earl's Court busem do Luton, dwie godziny w samolocie i nagle wpadam w środek zimy, tej prawdziwej, styczniowej, szczypiącej mrozem, sypiącej śniegiem. Mnóstwo bardzo lubianych twarzy, miłe rozmowy, obiady mamy, urodziny dziadka, pies Julek na kanapie. Zleciało szybko jak sen - o cichym, znajomym mieście, odizolowanym od głośnej, pracowitej rzeczywistości grubą pierzyną śniegu. Kawiarnia Wrzenie Świata, gdzie ludzie czytają literaturę faktu przy lampkach i grzanym winie, gdzie szukają mieszkania z mapą rozłożoną na stole. Pub Mały Wojtek, gdzie słucham jak Beata, architektka, planuje stypendia zagraniczne. Cafe Filtry, gdzie Gosia opowiada o prowadzonych przez siebie warsztatach jogi. Eufemia  - nic się nie zmienia, można pić i gadać do rana. 

I nagle trzeba wracać. Znowu do pracy w pubie, do hałasu, do ogromu. Bateria naładowana, przychodzi myśl-błyskawica: "czas coś zmienić". A za nią ciąg skojarzeń: "za mało robię; za mało eksploruję; za mało widzę; za mało szukam". Głód nowych wrażeń, nowych wyzwań. Do tego obejrzany po latach film o wschodnim Londynie pt. "Niezasłane łóżka" ("Unmade Beds"), gdzie młodzi mieszkańcy squatu przyjaźnią się, imprezują, spotykają się na świetnych, kameralnych koncertach, budzących skojarzenia z Berlinem. 




A tu, w Chelsea, jest pięknie, czysto, spokojnie, ekskluzywnie, bezpiecznie i...czyżby nudno? Więcej mieszkańców w średnim wieku, niż młodych. Tymczasem tak to już jest z tym miastem, że dzielnice, w których mieszkasz i pracujesz to twój świat, codzienność. Dalej wypuszczasz się sporadycznie,  na wycieczkę. Przeglądam więc ogłoszenia o pracę w muzeach; tonę w stronach internetowych o Londynie, doradzających milion aktywności do robienia każdego dnia. I tak lecą godziny, a każda minuta napawa większą zgrozą: jak doświadczyć wszystkiego, co oferuje mi nieskończenie atrakcyjne miasto? Albo skorzystać chociaż z tego, co najlepsze? Właściwie to nic mnie jakoś nie porywa, przypominam sobie dzienniki Gombrowicza, skarżącego się na okropne doświadczenie galerii sztuki, gdzie nadmiar nie pozwala na odpowiednią kontemplację wybitnych, poszczególnych obrazów. Chcę poznać kogoś, z kim porozmawiam o filmach, książkach, teatrze, kto pokaże mi kameralne koncertownie i klimatyczne kawiarnie. Jestem tu od czterech miesięcy i nagle łapie mnie ogromny głód, straszliwy niedosyt. Przecież wszyscy mówią, że w Londynie jest tyle cudownych ludzi, artystów, oryginałów, poszukiwaczy przygód. A ja ich jeszcze nie poznałam!




I wtedy z pomocą przychodzi wiadomość od Asi S., która dawno temu nazwała Londyn "cudownym miastem". Mój sposób na poznawanie miast to włóczenie się po ulicach, wyszukiwanie szczegółów i chyba w ten sposób znajduje się najciekawsze dla siebie miejsca. Pisząc "cudowne", miałam właśnie na myśli ogólny klimat, a nie konkretne miejsca.

Przypomina mi się mój pierwszy miesiąc w Londynie, kiedy wszystko było nowe i fascynujące, kiedy po prostu spacerowałam po okolicy, jechałam spontanicznie na Brick Lane, Soho, Covent Garden, włóczyłam się po parkach i nie potrzebowałam do tego żadnych przewodników. Nagle zauważam gdzieś w internetowym gąszczu zdjęcie pomnika niedźwiedzia polarnego, opatrzone pytaniem: "Londyńczycy! Czy już widzieliście nowy pomnik na Sloane Square?".     To jest 20 minut spacerem od mojego miejsca zamieszkania. Bawi mnie pomysł postawienia tego właśnie zwierza w tak mało zimowym mieście, jak stolica Anglii. Biorę aparat i pędzę, nim zrobi się za ciemno dla Zenita. Po drodze, na King's Road, chłopak w czarnej kurtce z kolorową naszywką na plecach, sobowtór Alexa Turnera. Drewniany zając siedzi w witrynie sklepu z antykami na planszy do gry w szachy. 




Chłopiec żywcem wyjęty z lat dwudziestych (płaska czapka, fryzura, marynarka) przykleja nos do szyby sklepowej, czekając na mamę w towarzystwie psa. 



A w centrum Sloane Square stoi  na dwóch łapach olbrzymi niedźwiedź polarny, odwrócony tyłem do neonowego napisu na ścianie teatru: "If you don't let us dream, we won't let you sleep". 




Nagle słyszę gdzieś między hałasem samochodów i rozmów pędzących przed siebie ludzi dziwne, delikatne dźwięki, muzykę wyrwaną z innej przestrzeni. Coś między hangiem a cymbałkami.  Na rogu placu starszy, czarnoskóry pan gra klasyczne melodie na własnoręcznie zrobionym instrumencie, ciesząc się tym jak dziecko. W głośne miasto wkrada się baśń, czas zwalnia. 




Koncert, dziwny artysta i obcowanie z londyńską sztuką zaliczone! I miła świadomość, ulga - ja tu mieszkam, nie jestem turystką. Nie muszę wszystkiego zwiedzać. Tworzę to miasto razem milionami innych pracowników pubów, galerii, sklepów, przechodniów, grajków ulicznych i innych. W każdej chwili mogę iść tam, gdzie mnie nogi poniosą, a tyle nieodkrytych terenów przede mną! 

A potem nagle budzę się i przed pracą idę do National Gallery na Trafalgar Square, bo w tej oczywistości jakimś cudem jeszcze mnie nie było. Lorenzo Lotto, Velazquez, Van Gogh, Goya, Bruegel, Rubens, Canaletto, Holbein, Gaugugin - same arcydzieła mistrzów; "Ambasadorowie", o których tyle gadaliśmy na zajęciach z audiowizualności... Gapię się, wzruszam się, tyle emocji w jednej ciężkiej galerii. A pod drodze, na Soho, zatrzymuje mnie  nieprzebranie bogata księgarnia Foyles, gdzie można kupić nawet baśnie Beatrix Potter opowiadane przez...Małgorzatę Musierowicz. 



A na Soho Square postawiono psa, który zbiera dotacje na walkę z depresją. W Londynie nie można dostać depresji tak długo, jak energia pozwala  szwędać się między jedną zmianą w pracy, a następną. Intensywne serce miasta zagłusza wszelkie smutki. Może na tym właśnie polega pułapka i niebezpieczeństwo megamiasta? Połyka ludzi razem ze wszystkimi zmartwieniami, ambicjami, marzeniami i nakazuje po prostu żyć, kręcić się bez celu w londyńskiej maszynie. A może to cele są przereklamowane? 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz