poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kroniki londyńskie. "Les Miserables"

W Londynie musicale to rodzaj sztuki o niepodważalnej, według tutejszych mieszkańców, wartości. Jadąc ruchomymi schodami na stacji metra nie sposób nie zauważyć dziesiątek plakatów reklamujących klasyki z West Endu. Muzyka klasyczna, zwłaszcza operowa, nierozerwalnie wymieszała się z prostymi, popowymi piosenkami wyśpiewywanymi pompatycznie ze sceny. Musical zajmuje równorzędne miejsce z koncertami największych kompozytorów w Albert Hall. 

Całe to miasto jest zaprojektowane tak, żeby w maksymalny sposób ułatwić ludziom życie (mapki z cudownym znacznikiem "you are here") i ustrzec każdego przed ewentualnym niebezpieczeństwem, czającym się na przykład w "ogromnej" szparze między pociągiem a peronem ("please, mind the gap").  Londyn to taki stary dziadek, co wiecznie pije herbatę z mlekiem, przestrzega przed najmniejszą pierdółką zagrażającą każdemu, kto przechodzi między tradycyjnymi wiktoriańskimi zabudowaniami; poza tym ma niskie mniemanie o inteligencji swoich protegowanych i wiecznie relaksuje się na musicalach. Których, między nami mówiąc, nie jestem wielką fanką. Nudzi mnie czysto rozrywkowa forma i wymowa, drażni natrętny sentymentalizm. Z drugiej strony, po cichu miło wspominam dzieciństwo z "Dźwiękami muzyki" (tak!) i mój pierwszy spektakl  teatralny w Londynie - "Mayfair Lady", z tą oszałamiająco widowiskową scenografią i kostiumami. 

"Les Miserables" skraca się tutaj do pieszczotliwego "Les Mis". Musical, którego nigdy nie widziałam w teatrze, cieszy się od lat niesłabnącym kultem, mimo silnego przywiązania Anglików do podziałów klasowych i rojalizmu. Co chwila odbywają się jakieś benefisy i inne gale, na których aktorzy zapełniają scenę i wyśpiewują słynne szlagiery. Piosenek nie znałam, znałam za to powieść Hugo oraz jedną ekranizację z Liamem Neesonem i Umą Thurman. Z tym większą ciekawością poszłam do kina, tak naprawdę popatrzeć na nowe role dwojga ulubionych aktorów młodego pokolenia - Anne Hathaway i Eddie Redmayne'a. W czasie pierwszych kilku minut czułam się niepewnie - dać się ponieść temu koniecznemu w przypadku musicalu balansowaniu na granicy kiczu, tym łzom i dramatyzmom? Anne Hathaway w roli Fantine przełamała resztki oporu, jej solo nie jest ani odrobinę przereklamowane. Jest rzeczywiście rozdzierająco smutne, podobnie jak następne występy Hugh Jackmana ("Bring Him Home") i pozostałych aktorów, z wyłączeniem Russela Crowe, którego niepotrzebnie obsadzono w roli zawziętego służbisty. Po pierwsze, ten naprawdę dobry aktor nie umie śpiewać, i jest to słyszalne; po drugie ciężko odeprzeć wrażenie, że Crowe po prostu nie jest w stanie sam siebie potraktować poważnie w roli Javerta. A może śpiewanie sprawiało mu tyle wysiłku, że nie był już w stanie skoncentrować się na grze? W każdym razie reszta wycisnęła ze mnie łzy szczerego  żalu i współczucia, a ja tak się znowu łatwo w kinie nie rozklejam. Nie będę już pisać o świetnej scenografii, przepychu, kostiumach, o elementach komicznych, które wcale nie przyćmiewają filmu, mimo udziału Borata. Nieważne też średnie umiejętności wokalne (nie mówię, że złe!), tu się liczy interpretacja - "Les Miserables" po prostu się przeżywa, naiwnie i dziecinnie uruchamiając w sobie struny, które poza ciemną przestrzenią kina niech lepiej pozostają nietknięte. A potem kilka piosenek kręci się smętnie koło ucha.

A swoją drogą, Eddie Redmayne jest naprawdę dobrym śpiewakiem. Przyjemne odkrycie.  


2 komentarze:

  1. Masz naprawdę świetnego bloga :)
    Mam do Ciebie ogromną prośbę, może proszę o zbyt wiele, ale to bardzo ważne.
    Wymyśliłam pewną akcję na moim blogu, tak właściwie cały ten blog to już jedna wielka akcja!
    Jeśli zechcesz mi pomóc, albo przynajmniej się przyłączyć - obserwując, będę Ci niezmiernie wdzięczna. Wszystko jest napisane w najnowszej notce.
    Mogę zmienić świat tylko z tobą :)
    f-me-i-am-famous.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Kira,
    dziękuję, obserwuję :)
    Pozdrawiam serdecznie i powodzenia!

    OdpowiedzUsuń