Zdarzają się w życiu takie rzadkie chwile, kiedy człowiek nagle staje rażony piorunem olśnienia i ze zdziwieniem stwierdza, że właśnie na tym etapie długiej i męczącej egzystencji jest szczęśliwy, spełniony, zadowolony. A wcale nie osiągnął jeszcze wymarzonych celów, nie jest nawet w połowie drogi. Niby toczy swój kamień mozolnie pod górę, nie ma domu, narzeczonego, pracy w zawodzie, samochodu (ba, żeby miał chociaż prawo jazdy!) a jednak właśnie teraz oddycha pełną piersią i cieszy się codziennością. Przyjemnie odkryć w sobie takie uczucie dokładnie na granicy między końcem mijającego roku, a początkiem następnego.
Sylwester to pubie święto od początku do końca. Przebieranka w stylu lat 20., chociaż Włosi przypominają bardziej braci Corleone, a szef samego Ojca Chrzestnego. Ja, podobno, wyglądam jak żywy obraz Klimta (piękny komplement, prawda?). Legalnie i rozsądnie sączymy koktajle w czasie zmiany, czekając na przybycie gości, niespieszących się z rozpoczęciem szampańskiej nocy. O 22 ogarnia nas niepokój, Davide omiata smutnym spojrzeniem spod kapelusza stanowisko do kręcenia koktajli. A jednak przychodzą, nagle zapełniając pub. Siwy staruszek zasiada nad klawiszami, gdy jego czarnoskóra wokalistka w czerwonej, obcisłej sukni, zaczyna show. Chlust drinków i parkiet zaczyna się rysować, biegam po lód, poleruję szkło bez końca, otwieram butelki, mylę wódkę zwykłą z wódką pieprzową, a moi piękni towarzysze szaleją z szejkerami. Bąbelki z czereśniami, Rossini, Bellini, Prosecco. Tańce za barem, praca w tańcu. Za 5 północ, zamykamy bar na kwadrans, bo sami chcemy szampana, a co! Fajerwerki nad Big Benem w telewizji, wszyscy rzucają się wszystkim na szyję i naprawdę cieszy nas ten 2013 rok, przywitany wspólnie, wesoło, bez rozliczeń, bez podsumowań, bez sentymentalnych bólów głowy.
W Nowy Rok wstaję o 10, chociaż poszłam spać wykończona nad ranem. Pierwszy raz od wielu dni dzień jest słoneczny, a ja postanawiam wybrać się do Richmond, bo znowu włącza mi się pragnienie świeżego powietrza. Chcę też zobaczyć miejsce "zesłania" Virginii Woolf, która nie mogła żyć bez londyńskiego zgiełku i intensywności. W "Widokach Londynu" opisuje Oxford Street w taki sposób, jakby uczestniczyła we współczesnej wichurze wyprzedaży. "I nawet moralista - który, jak należy przypuszczać, ponieważ może spędzać popołudnie, marząc, jest człowiekiem mającym saldo w banku - nawet moralista musi przyznać, że ta jaskrawa, zaaferowana, wulgarna ulica przypomina nam, że życie jest walką; że każdy budynek jest nietrwały; że wszelka wystawa jest próżnością; [...] próżno dojść do jakiegoś wniosku na Oxford Street".
Virginia próbowała uciekać z Richmond do Londynu, ja odwrotnie, potrzebuję odetchnąć od centrum w czymś, co chociaż trochę przypomina wioskę. Wioskę luksusową, pełną wyrafinowanych witryn sklepowych, ale zarazem klimatycznych kawiarenek, mniejszych i z większym sercem niż te w Chelsea. I błotnistych, wąskich ścieżek, prowadzących między cmentarzem a ulicą do wielkiego parku, przetrzebionego niestety przez huragan, który zdziesiątkował drzewa kilka lat temu.
Wreszcie jacyś ludzie siedzą nad rzeką, wreszcie nikomu się nigdzie nie spieszy.
Ludzie - hobbici w czapkach uszatkach wdrapują się całymi rodzinami na zielone wzgórza i pagórki, piją kawę, rzucają żarty w moim kierunku, kiedy ześlizguję się po błocie.
I kiedy tak chodzę w górę i w dół, krętymi ścieżkami, myślę sobie, że lubię Londyn za te wszystkie nieskończone miejsca do odkrywania, za miliony twarzy, za kwiaciarza, co mi życzy "wesołych świąt" zanim się jeszcze przedstawi; i za tego elegancko ubranego chłopaka w metrze, którzy rozmawia ze swoją mamą w Nowy Rok, mając na głowie opaskę z grubo ciosanym napisem: "Happy New Year".
No to Szczęśliwego Nowego Roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz