wtorek, 11 grudnia 2012

Kroniki londyńskie. Między Winter Wonderland a Festiwalem Czekolady


Już od listopada ulice obwieszone tysiącami lampek, witryny sklepowe uginają się pod ciężarem reniferów, Mikołajów, wiewiórek, stroików, jelonków i innych zwierząt leśnych we wszystkich fosforyzujących kolorach tęczy. Przed sklepami śpiewają kolędnicy w czerwonych czapkach, wabiąc klientów do środka. Na Piccadilly Circus muzyk z gitarą elektryczną skacze w szalonym amoku, wywijając szlafrokiem imitującym płaszcz mikołajowy. Co najmniej 30 minut zajmuje wybór kartki świątecznej, bo w projektowaniu tych drobiazgów Brytyjczycy osiągnęli prawdziwe mistrzostwo. Mówiąc krótko: Boże Narodzenie na emigracji. 


Lubię rytm pór roku i związane z nim zwyczaje. Dobrze robią na nerwy, wprowadzają odrobinę ładu w rozpędzone, chaotyczne życie. Dlatego z przyjemnością myślę o polskiej tradycji opłatków, kompotu z suszu, barszczu i makowca. I domowo pędzonej pigwówki, ale to nie w Wigilię. Im jestem starsza, tym bardziej doceniam rodzinny harmider. Po prostu: kuchnię przewróconą do góry nogami, ogólne coroczne podminowanie i zmęczenie przygotowaniami, fatalne w skutkach rozmowy o polityce; ale potem spacery nad rzeką, dawno niewidziane twarze, dużo śmiechu, bardzo głośno. Nie jestem z tych, co to wiecznie dramatyzują z powodu świąt z rodziną, która "nie cieszy". W Polsce Boże Narodzenie często dobrze broni się przed kiczem, albo wykorzystuje go z poczuciem humoru. Targi rękodzielnictwa, Przetwory, Frymark Teatralny, Bankiet w Pięknym Swetrze, Salon Zimowy; coraz popularniejsze w Warszawie domówki polegające na wspólnym pieczeniu pierników i grzaniu wina. Jest fajnie. 


 Ale mnie tam nie ma i w tym roku święta spędzę w Londynie. Mam w głowie zakodowany obraz angielskiego Bożego Narodzenia z "Opowieści Wigilijnej" Dickensa. Naoglądałam się w dzieciństwie musicalu z 1970 roku z Albertem Finneyem w roli Scrooge'a i już mi zostały przed oczami wąskie ulice z  witrynami sklepowymi, w których kręcą się ręcznie robione pajacyki i pozytywki. Gdzie sprzedaje się alkohol na poncz w przewiązanych wstążkami butelkach. Gdzie na drzwiach z lwimi kołatkami wisi ostrokrzew, a kolędnicy to brudne dzieci z Camden Town, zbierające pieniądze na świąteczną kolację. Mam nadzieję znaleźć echa XIX-wiecznej Anglii na współczesnych ulicach Chelsea i Kensington, a przede wszystkim w Hyde Parku, na rozsławionym wielkim bożonarodzeniowym jarmarku, połączonym z lodowiskiem i lunaparkiem. Co prawda jego nazwa, Winter Wonderland, niepokojąco kojarzy się z Disneylandem, ale postanawiam spróbować. 


Przedzieram się jakimś cudem przez morze rozgorączkowanych, złaknionych luksusu ludzi szturmujących Harrods. Za szybą wielki manekin w stroju Królowej Śniegu zastyga w dramatycznej pozie, podczas gdy koń ciągnący białą karetę staje dęba. Wreszcie park. Już z daleka słychać wrzask kolejek górskich. Z bliska wygląda to tak, że tłum zalewa korytarze straganów z brzydkimi gadżetami i czerstwymi pierniczkami, a nad nim wiruje latająca karuzela. I wszyscy się świetnie bawią, ale nie ma ani śladu mojego Dickensa i ducha świąt. 


Uciekam w stronę Ogrodów Kensington. Emeryci jeżdżą na rolkach, pan w czapce Mikołaja puszcza ogromne bańki mydlane. Cisza, nie ma tłumów, z drzew spadły liście. Ktoś pije samotnie herbatę z termosu i patrzy na kaczki. Co za ulga.


Przechodząc obok Natural History Museum widzę lodowisko. Filmowe, wesołe, dzieci ślizgają się z pomocą specjalnych pingwinów na równowagę. Bardzo miło. 



W niedzielę pakuję mały plecak i wybieram się na Southbank na Festiwal Czekolady. Brzmi znacznie lepiej, niż Winter Wonderland, prawda? Tam może być mój Dickens. I jest! Za straganami z toffi o smaku wszystkiego, za baliami z grzanym winem i półkami z zawijasami cynamonowymi wypiekanymi na naszych oczach, za kiełbasami w bułkach (tak, angielskie święta też mają dużo wspólnego z rozpustnym jedzeniem, tylko tym ulicznym i chyba mniej zdrowym), rozstawiono jarmark czekoladowych artystów. Misterne, robione na bazie najlepszego kakao małe tabliczki, czekoladki, gorące napoje. I pan cukiernik, wytworny, o nienagannych manierach, wykładający właściwości czekolady, sposoby jej smakowania, odradzający obżarstwo i pośpiech. Małym kawałkiem należy się świadomie delektować, żeby nie stracić całej przyjemności.

[http://www.seventypercent.com/ - wykładowca czekoladowy był związany z tą właśnie organizacją]



Nad Tamizą, między Big Benem a London Eye, trochę świątecznej manufaktury, dobrej tradycji, przyjemności w lepszym guście. Pachniało i wyglądało Bożym Narodzeniem. 

Na szczęście w Wigilię nie pracuję. Szef dał mi wolne bez proszenia - wiedział, że dla Polaków to ważny dzień. W tym roku będzie inaczej. 











2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. och nie, organizujemy sobie w północnym Londynie polską Wigilię. Upiekę sernik i piernikowe brownie (to drugie mało tradycyjne, ale idę z duchem czasu)

      Usuń