O urokach wyrywania się z londyńskiego zgiełku pisałam w poście o Swansea. Podobnie jak o romantycznych doznaniach towarzyszących jeżdżeniu pociągiem. Wyobraźcie więc sobie znużonego, tyrającego londyńczyka w mknącym z prędkością światła Eurostarze, który zaczyna trasę na stacji Londyn St Pancras i pokonuje podwodny tunel, żeby po dwóch godzinach i kwadransie zatrzymać się w najpiękniejszym mieście świata, na przystanku Paris Nord. A co mnie przywiodło do w te strony? Reportaż z planu serialu "Jo" z Jeanem Reno, czyli praca plus przyjemność. Oprócz tego cały dzień i wieczór na szwędanie się po trasie wytyczonej wstążką Sekwany i statkami po niej pływającymi. Cóż, każdy ma swoje miasto snu, które wspomina zawsze ciepło, do którego tęskni, ale w którym nie mógłby nigdy zamieszkać, żeby nie zniszczyć, nie odmitologizować marzenia. Pierwszym snem na zawsze pozostanie Berlin. A drugim - Paryż.
Niewinne porównanie:
| Mój widok z okna w Paryżu. |
| Mój widok z okna w Londynie. |
Zapytajcie przypadkowego mieszkańca Londynu o metro, a z pewnością powie, żeby unikać tego dusznego, przeładowanego zmęczonymi ludźmi, klaustrofobicznego i potwornie drogiego labiryntu jak ognia. Używać tylko z konieczności! Paryskie metro to znacznie szersze perony i zupełnie inaczej zakomponowana przestrzeń wewnątrz wagonów. Więcej miejsca, więcej powietrza, inna temperatura. Brak strażników przy każdym przejściu, w razie przykrej konieczności barierę można swobodnie przeskoczyć. A jeśli przyzwoitość nie pozwala na akrobacje, jakiś słynący z arogancji, nieprzyjemny paryżanin na pewno przytrzyma swoją bramkę, bez uśmiechu, ale ze skinieniem głową dzieląc się biletem. Przechwyci tez mapę zagubionego turysty niecierpliwym ruchem, żeby wyłącznie w języku francuskim wskazać drogę. Tak czy inaczej - cel się znajdzie. Większość trasy można przejść na piechotę, bo "Paryż to nie Londyn", jak mawia Zosia. Można go przekroczyć w 5 godzin w linii prostej z północy na południe.
I jest to spacer pełen słodyczy,
pachnący grzanym winem sprzedawanym na ulicy, pieczonymi kasztanami, chlebkiem
czekoladowym i kawą. Nawet światła bożonarodzeniowe na Polach Elizejskich nie
są tak kiczowate, jak ciężki przepych londyńskiego świątecznego szału. Kobiety
mogą przygotować się na darmowe cappuccino i tartę cytrynową w przypadkowej
małej knajpce, ponieważ piękne panie nie muszą za nic płacić.
Ludzie mają więcej czasu. Mniej pracują, rozciągają przerwę na lunch na długie biesiadowanie z winem i serem na deser. Ubierają się z klasyczną skromnością, bo, jak mówią Agnieszka i jej chłopak Benoit, Paryżanie mają dużo pieniędzy, ale nie lubią się z tym obnosić. Uważają, że to w złym guście. Londyńczycy uwielbiają pieniądze, najdroższe ubrania i długie dyskusje o kosztownych przedmiotach.
Tymczasem w Paryżu emeryci wyczyniają wygibasy w Ogrodzie Luksemburskim, niezależnie od pory roku...
Nie przesadzam, nie przesładzam.
No już Londynie, nie obrażaj się. Przecież to z tobą dzielę rutynę codzienności, chadzam do twojej czytelni w bibliotece pisać, u ciebie pracuję w pubie urabiając sobie ręce po łokcie w dni meczowe, mówię w twoim języku, tobie też robię dużo zdjęć, spędzę z tobą nawet Boże Narodzenie... Ale pozwól mi w chwilach zmęczenia powspominać Paryż.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz