Stacji Paddington strzeże pomnik słynnego misia, do ciasteczek i kawy można dokupić maskotkę. Odbiór wykupionych biletów z maszyny jest dziecinnie prosty, a starszy pan w informacji posyła zza grubych szkieł znudzone spojrzenie i z nutą niecierpliwości w głosie podaje numer peronu. Przecież za jakiś kwadrans wszystko będzie na tablicy... Siadam w wygodnym fotelu, w pustym wagonie. Ciężkie londyńskie zabudowania przesuwają się szybko wykadrowane oknem pociągu, wreszcie znikają za pasmem zieleni, przełamywanej czasami jesienną pstrokacizną. Po dwóch godzinach jazdy czerwono-żółto-złociste kolory nabierają rozmachu, układając się w łagodne wzgórza i pagórki przegrodzone tu i tam wstążkami strumyków. Czarno-białe łaty krów, konie, stodoły, kamienne mosty i niskie chatki. Znajomi z Londynu zwykli mawiać: mokro, smutno i ciemno, jak w Walii. Powiedziałabym raczej, że melancholijnie ładnie. Kojący spokój po rozpędzonej maszynie wielkiego miasta, które hałasuje nawet w środku nocy, które zmienia ludzi w znerwicowane trybiki. Czuję to zwłaszcza na karku, kiedy wreszcie mogę usiąć w spokoju. Wycieczka, ogromna ulga.
Ja i kilku innych dziennikarzy - młody, rudy chłopak z czasopisma o science-fiction wydawanego w Bath; wielbiciel Harry'ego Pottera z pisma branżowego; jeden starszy reporter nieuznający dyktafonu, bazgrolący w notatniku. Oporowadza nas specjalista od efektów specjalnych z nieodłącznym pieskiem pod pachą: ma na imię Dexter i jest suczką! W Swansea kręcą serial o Leonardo Da Vinci (Da Vinci's Demons). Dowiaduję się, jak z deszczowego, wietrznego Swansea zrobić słoneczną Florencję. Będzie z tego reportaż.
W drodze powrotnej pociąg zatrzymuje się Cardiff, a konduktor oznajmia, że musimy wszyscy wysiadać i czekać godzinę. Rozgrzewamy się winem. Następnego dnia znowu wiruję w londyńskiej maszynie, od czasu do czasu marząc o ucieczce gdzieś, gdzie według londyńczyków jest mokro, smutno i ciemno. Wybiorę się do Inverness. Tym razem nie służbowo. Tak po prostu.
o! a jaka to była służba?
OdpowiedzUsuńto było zaproszenie na plan, nie służba! Dam znać, jak tekst pójdzie do druku. Muszę jeszcze pomyśleć nad jego ostateczną formą...
OdpowiedzUsuń