czwartek, 11 października 2012

Kroniki londyńskie. Kilka kroków do pracy


To jest miejsce, w którym mogłabym pracować - sklep z winylami na Notting Hill. 

Pierwszy krok. Knajpa niebyt duża, trochę stołówka. Wnętrze dość surowe - przy prostych, drewnianych blatach biesiadują starsi ludzie w bazarowych rękawiczkach. Do stołu podają szczupłe dziewczyny i kobiety o spracowanych, zmarniałych twarzach. Same Polki. Przy końcowej ścianie paruje kuchnia, a nad nią unoszą się pyzate, męskie, włoskie twarze ukoronowane białymi czapami. Wpadnij w niedzielę, pokręcisz się, zobaczysz, czy ci się tu podoba. Mamy taką nową dziewczynę, ale jest strasznie młoda, taka wolna, chyba trzeba ją wymienić. Będziesz pomocniczą kelnerką, nakryjesz stoły, posprzątasz naczynia. 6 dni w tygodniu po 6 godzin wieczorem. Szef w białej koszuli, smukły, wypomadowany, ze smartfonem przy uchu. Sympatyczny, po włosku otwarty. Tymczasem kelnerki łypią na mnie nieufnie, jakbym chciała je skrzywdzić. Popatrzymy jak pracujecie i wybierzemy jedną z was. Nad stołami wisi szmerany smutek. Spróbowałam. Kaszka z mleczkiem, tylko głowa musi być karku, a na stopach wygodne buty. 
To nie jest fajne miejsce, psie pieniądze, chociaż bardzo ciężko. Robię tu już od trzech lat... Nagłe olśnienie - zaraz, zaraz, szukam pracy, ale posadę kopciuszka mogę chyba odrzucić! 

OK, we wish you all the best.  Good luck. Mario. 


To nie jest omawiana kawiarenka, ale też słodka. 
                                     
Krok drugi. Francuska różowa kawiarnio-piekarnio-cukiernia. Dom dla lalek ociekający lukrem pastelowych stołów i kredensów, ciasteczek i torcików, cukierków w papierkach, marmoladek z kokardkami. Różowe uniformy i fartuszki. Ciepły zapach pieczywa z kawą. Bezpieczny spokój przerywa trzask windy, skrywającej za metalowymi drzwiami stos brudnych naczyń, co kilka minut zjeżdżających do piwnicy. Na dole, w parnym upale, pichcą dziewczyny. Siatki na włosach, angielski słabszy niż na górze. Dwa poziomy - lepszych i gorszych, to w Anglii odwieczny ulubiony temat. Jedna z młodych kucharek, Hiszpanka, demonstruje czerwone plamy na rękach i stopach. Egzema od przeklętej kuchni! Tydzień temu złożyłam wymówienie. Nie mam życia poza pracą. 
Stoję na zimnym jesiennym wietrze, zachęcam przechodniów do spróbowania tortu Świętego Michała, sernika z galaretką, jak mnie nauczono. Częstują się, żebym nie marzła i szybko wróciła do środka. Nie jest tak bardzo źle. Czy tu zostanę? Nie wiem. Pytam innej Polki, jak jej się podoba w Londynie. W ogóle mi się nie podoba. Siedzę tu od dwóch lat, bo tu studiuję. Teraz przechodzę na połowę etatu, więc pewnie cię zatrudnimy. Zależy mi? Nie tak bardzo. Wygadałam się, że za miesiąc pewnie przeniosę się na Muswell Hill. Ten pomysł się nie spodobał.

A to jest bardzo fajny pub (nie mylić z Macbethem), gdzie pracują moi znajomi. 

Krok trzeci. Pub, nazwijmy go Macbeth. Spróbuj tam, mogą mieć dla ciebie miejsce - doradził kumpel z barmańskim doświadczeniem. Knajpa przy stacji, rozległa, dwupoziomowa. Wnętrze - typowa angielska mordownia, podłoga przylepia się do podeszwy, za długim barem oblanym strugami piwa niespiesznie napełniają się kufle. Same dziewczyny, wzrok wbity w ziemię,  miny jak z filmów Tarantino, zamówienia przyjmowane niespiesznie i bez zbędnych uprzejmości. Poweselały tłum napiera równomiernie po kolejne napitki. Zostawiam papier. Rano sprawdzam telefon - mam wiadomość od obcego numeru: Hej, dzisiaj o 11 rano rozmowa o pracę w Macbeth. Daj znać, czy przyjdziesz. Dobiegłam punktualnie. Przez pół godziny czekam, aż menadżerka, dajmy na to, z Białorusi, podejdzie porozmawiać. Jest potężna, ma na sobie wyciągnięty gruby sweter w kolorze majtkowego różu, a za pasem zwisa jej ciężki, brzęczący pęk kluczy. Kolega cię tu przysłał? To się po polsku mówi chyba niedźwiedzia przysługa, prawda? Musi cię strasznie nie lubić. To najgorsze miejsce do pracy na świecie, jest ciężko, nie ma kiedy odpocząć, przychodzą trudni klienci... To co, możesz zacząć dzisiaj o 3? Wracam po południu. Podoba mi się. Dziewczyny są wyluzowane, nie muszę kłaniać się klientom w pas ani przyklejać sobie uśmiechu na twarz. Ostro robi się pod wieczór, kiedy zaczynają doskwierać nogi, a gości tylko przybywa. Nowa? Jesteś ładna, zostaniesz tutaj. I tym podobne. Rozlewam piwo, piana leje się po kuflach, powietrze gęstnieje od alkoholowych oparów. W kanciapach Sodoma i Gomora, gruby facet tańczy do własnej muzyki z przenośnego radia z blondynką, kupuje jej kolejne drinki oraz orzeszki. Świat staje się absurdalny, pozornie senne wizje narastają. Wracam wieczorem w świetnym humorze, chcę tam pracować. Rano widzę wszystko trochę inaczej, a po południu rezygnuję. Popracowałabym tam jeszcze tydzień i cała legenda Macbetha, wszystko, co mi się w nim podobało, pękłoby jak bańka mydlana. 

Czy wybrzydzanie się opłaciło? O tak! Znalazłam idealne miejsce pracy. Ale o tym później. 

2 komentarze: