Pamiętaj, że tutaj jesteś u siebie w domu. Ty tutaj jesteś panią i tak traktuj klientów. Będą próbować cię oszukać, wielu z nich to zwykłe łachudry, podłożą ci fałszywe banknoty... Ty miej oczy otwarte, pilnuj swojego dobytku, nie pozwól im wejść sobie na głowę - powiedział mi wczoraj R. Pracuję tu od trzech tygodni i już zdążyłam zapoznać się z fakturą fałszywej 50-funtówki; chyba ze sto razy odpowiadałam na pytania skąd jestem i uprzejmie komentowałam stwierdzenia: miałem kiedyś dziewczynę Polkę.
Ufarbowany kurdupel z długimi paznokciami i liftingiem na twarzy przychodzi codziennie i zawsze pyta, czy serwujemy jedzenie, a potem zagaduje, sypiąc nieśmiesznymi żartami. Bogate dzieciaki z Chelsea nazywają takie zachowania "lame", co znaczy "nudny w smutny sposób". Słynny fotograf Barry Lategan, który kiedyś odkrył Twiggy, wpada czasem w czarnym kapeluszu i z przestarzałym modelem aparatu w ręku. Jaka ładna buzia - muszę cię sfotografować. Jak cień samego siebie snuje się po bogatych dzielnicach, chwytając przypadkowe twarze. Ma barwnych przyjaciół, naszych ulubionych stałych klientów, którzy całymi dniami sączą białe wino na przemian z czarną kawą, palą papierosy i rozmawiają ze sobą w małej grupce trzech osób. Pani w nieokreślonym wieku (twarz wiele przeszła w strachu przed starością), wystylizowana na dokładną kopię Cruelli Demon ze "101 dalmatyńczyków" i zupełnie czarująca w swojej charyzmatycznej neurozie. Wpada nagle, kiedy akurat w pojedynkę obsługuję za barem cztery osoby, i z paniką w oczach poszukuje karty kredytowej kolegi - starszego pana, który zawsze wita mnie kurtuazyjnym: "Hello young lady". Znowu otworzyli z innym wiekowym towarzyszem od stolika kredyt, zapłacili i zapomnieli. Nie mam pojęcia, co wypełnia im rozmowę przez długie codzienne poranki w pubie, rozciągnięte na popołudnia, ale lubię to dziwne towarzystwo samotników.
Najgorsi są bogaci Anglicy z Chelsea. Uważają, że im się wszystko należy - powiedział kolega zza baru. Afera burgerowa kosztowała mnie mnóstwo nerwów (tego dnia serwowaliśmy tylko steki, ale podchmielony garnitur uparł się na kotlet w bule; dostał ją i spowodował epidemię; w całej knajpie wszyscy nagle zapragnęli wielkiej kanapki zamiast krwistego kawałka mięsa). Miły na buzi pan z pieskiem i eterycznie zołzowatą blondynką (najgorszy typ kobiety) okazali się potworami w owczych skórach, wyżywając się na mnie z powodu sałatki i robiąc skandaliczny rumor pod pretekstem zimnej frytki. Roztrzęsiony ze złości kucharz, podminowany menadżer, wszystkich trafia szlag. W takich chwilach można zrobić dwie rzeczy - albo rzucić tacę ze szkłem, niech się rozpryśnie z hukiem o bruk, i wyjść żeby nigdy nie wrócić; albo wymknąć się na świeże powietrze wyjściem ewakuacyjnym, wrócić po kilku minutach z wyprostowanymi plecami i ze spokojem wykonywać swoją pracę. Pub to szkoła życia, hart ciała i ducha, wieża obserwacyjna, z której patrzy się na dziesiątki twarzy i zachowań, wirujących jak w kalejdoskopie.
Weszłam tu pewnego dnia i zostałam na jakiś czas. I uważam, że mam szczęście.
Ufarbowany kurdupel z długimi paznokciami i liftingiem na twarzy przychodzi codziennie i zawsze pyta, czy serwujemy jedzenie, a potem zagaduje, sypiąc nieśmiesznymi żartami. Bogate dzieciaki z Chelsea nazywają takie zachowania "lame", co znaczy "nudny w smutny sposób". Słynny fotograf Barry Lategan, który kiedyś odkrył Twiggy, wpada czasem w czarnym kapeluszu i z przestarzałym modelem aparatu w ręku. Jaka ładna buzia - muszę cię sfotografować. Jak cień samego siebie snuje się po bogatych dzielnicach, chwytając przypadkowe twarze. Ma barwnych przyjaciół, naszych ulubionych stałych klientów, którzy całymi dniami sączą białe wino na przemian z czarną kawą, palą papierosy i rozmawiają ze sobą w małej grupce trzech osób. Pani w nieokreślonym wieku (twarz wiele przeszła w strachu przed starością), wystylizowana na dokładną kopię Cruelli Demon ze "101 dalmatyńczyków" i zupełnie czarująca w swojej charyzmatycznej neurozie. Wpada nagle, kiedy akurat w pojedynkę obsługuję za barem cztery osoby, i z paniką w oczach poszukuje karty kredytowej kolegi - starszego pana, który zawsze wita mnie kurtuazyjnym: "Hello young lady". Znowu otworzyli z innym wiekowym towarzyszem od stolika kredyt, zapłacili i zapomnieli. Nie mam pojęcia, co wypełnia im rozmowę przez długie codzienne poranki w pubie, rozciągnięte na popołudnia, ale lubię to dziwne towarzystwo samotników.
| Tylko święty spokój może uratować przed zagładą w pubie. |
Najgorsi są bogaci Anglicy z Chelsea. Uważają, że im się wszystko należy - powiedział kolega zza baru. Afera burgerowa kosztowała mnie mnóstwo nerwów (tego dnia serwowaliśmy tylko steki, ale podchmielony garnitur uparł się na kotlet w bule; dostał ją i spowodował epidemię; w całej knajpie wszyscy nagle zapragnęli wielkiej kanapki zamiast krwistego kawałka mięsa). Miły na buzi pan z pieskiem i eterycznie zołzowatą blondynką (najgorszy typ kobiety) okazali się potworami w owczych skórach, wyżywając się na mnie z powodu sałatki i robiąc skandaliczny rumor pod pretekstem zimnej frytki. Roztrzęsiony ze złości kucharz, podminowany menadżer, wszystkich trafia szlag. W takich chwilach można zrobić dwie rzeczy - albo rzucić tacę ze szkłem, niech się rozpryśnie z hukiem o bruk, i wyjść żeby nigdy nie wrócić; albo wymknąć się na świeże powietrze wyjściem ewakuacyjnym, wrócić po kilku minutach z wyprostowanymi plecami i ze spokojem wykonywać swoją pracę. Pub to szkoła życia, hart ciała i ducha, wieża obserwacyjna, z której patrzy się na dziesiątki twarzy i zachowań, wirujących jak w kalejdoskopie.
Weszłam tu pewnego dnia i zostałam na jakiś czas. I uważam, że mam szczęście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz