czwartek, 4 października 2012

Kroniki londyńskie. Pod skórą miasta

Kiedy jeździłam do Londynu jako dziecko, nie byłam zachwycona. Bałam się tłumów na ulicach, tych wszystkich samochodów, przede wszystkim jednak przytłaczała mnie architektura - wąskie ulice przygniecione grubo ciosanymi klocami wiktoriańskich kamienic. Miałam wtedy przed oczami świeży obraz Paryża, z jego przestrzenią, lekkością i wdzięcznym polotem. W czerwcu tego roku spędziłam trzy dni na Piccadilly, blisko Hyde Parku i odczarowałam złe wrażenie - Londyn wydał mi się tętniącym wesoło życiem, pięknym miejscem. 

Dziewczyna czyta książkę na Notting Hill. Przynajmniej tutaj ktoś się nie spieszy.
Wczoraj poszłam do Royal Albert Hall i okolicznych muzeów, stanęłam między wielką pozłacaną kopułą a Królewską Akademią Muzyczną. Dochodziły z niej dźwięki skrzypiec, przeszywające melancholijnie dziwną, wręcz pałacową ciszę obwarowaną grubymi ścianami z czerwonej cegły. Ten, kto zaprojektował Londyn, miał jednak ciężką łapę i brakowało mu poczucia humoru. Tak, uroda nie jest najmocniejszą stroną angielskiej stolicy, mimo kilku ładnych zakamarków, jak Greenwich, Chelsea (jeśli ktoś nie cierpi na klaustrofobię) czy moje ulubione Notting Hill. Toporny wygląd równoważy trochę przyjazna komunikacja - dla ludzi bujających w obłokach istne błogosławieństwo w postaci wszechobecnych map i wskazówek. Wciąż brakuje mi jednak tego, co pod skórą. Czegoś jak berlińscy muzycy urządzający kameralne koncerty w byłych remizach strażackich albo ludzie pijący piwo nad Wisłą, rozpalający ogniska i puszczający lampiony. 

Idąc Exhibition Road natknęłam się przypadkiem na Klub Polski Ognisko, czyli dziwne połączenie hotelu z restauracją, urządzone bardzo oldskulowo. Obrazy ułanów, arrasy (no dobrze, dywany na ścianach) z godłem, przedwojenne piosenki, trochę bistro. Pierwszy raz poczułam w knajpie dym papierosowy. Swojska narośl na monumentalnej przestrzeni centralnego Londynu sprawiła mi przyjemność, nie chciałam tam jednak siedzieć. Polskę mam w Polsce.

Jeszcze nie weszłam pod tkankę miasta, znam za mało miejscowych. A może trzeba szukać w Londynie wschodnim i północnym? 

Stacja kolejowa Clapham Junction. 
Pewnego dnia nadarzyła się jednak okazja, żeby zajrzeć trochę do środka. Pomagałam w przeprowadzaniu akcji charytatywnej (Macmillan - walka z rakiem) w banku na West Norwood. Większość pracowników i klientów to czarnoskórzy i mniejszości etniczne. Przed otwarciem skarbnicy pieniędzy odbywa się codzienny rytuał - najpierw energiczna szefowa branży wygłasza przemówienie zagrzewające podwładnych do efektywnej pracy. Potem następuje coś bardzo zaskakującego. Po zakończeniu rozgrzewki wycofuję się do kuchni po torbę - wracaj! Jeszcze nie skończyliśmy. Jeszcze jeden ważny punkt programu! Odwracam głowę - wszyscy pracownicy stoją w kółku, trzymając się za ręce. Łańcuch przerywa miejsce dla mnie. Zajmuję je posłusznie niepokojąc się, że może teraz nastąpi jakiś wesoły bankierski podskok i siatkarski okrzyk. Panie Boże, spraw, żeby ten dzień był najpiękniejszym dniem w naszym życiu, pełnym emocji i spełnienia. Amen. 

Dwie minuty po modlitwie kasjerki zatrzaskują klucze do sejfu za drzwiami, blokując sobie dostęp do pieniędzy a klientom do banku. Wściekli ludzie czekający od dwudziestu minut na dworze pokrzykują złowrogo. Cała ekipa usiłuje po kolei wyłowić brzęczący pęk haczykiem stworzonym z wieszaka na ubrania - bez skutku. Dwie godziny później stały klient-sąsiad złota rączka uprzedza nadjeżdżającego ślusarza, swoim sposobem dostając się do kluczy i powodując radosny dziki okrzyk wszystkich zgromadzonych. Takich emocji bank na West Norwood nie widział od bardzo dawna. A może nawet nigdy. Jak mawia moja ciocia: Anglicy mają nudne życie. Dlatego ciągle wysyłają sobie kartki. Zawsze jakaś atrakcja.   

Z Clapham na West Norwood.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz