Jak wspomniałam, za rogiem, na Fulham Road, olśniewa najpiękniejsza księgarnia, Daunt Books. Uzbrojona w brytyjskie konto bankowe (oszczędnościowe i płatnicze!) i wydrukowane CV, umówiona na rozmowę o przyznanie mi numeru NIN (taki tutejszy peselo-nip), zaproponowałam młodej ekspedientce swój życiorys. Zdarza mi się robić wywiady z gwiazdami sporego formatu, ale nic tak nie onieśmiela jak status człowieka "z ulicy", anonimowej Polki z biedniejszego kraju w głębi kontynentu. Spodziewałam się wrogiego błysku w oczach, strachu przed kąśliwym wygryzieniem z pracy. Tymczasem dostałam w pakiecie uśmiech, pełnię dobrej woli i skierowanie do szefostwa w okolicy...Baker Street. Oto pretekst, żeby zobaczyć dom ukochanego Sherlocka! Dziecinna naiwność i radość z konfrontowania rzeczywistości z fikcją. Ulica tak głośna, zatłoczona, że nawet cień Holmesa nie ma szans wychynąć zza winkla, by pozdrowić ironicznym uśmieszkiem. To wszystko powinno być bardziej wąskie, kameralne, drzwi znacznie mniejsze, a za nimi zdecydowanie nie wolno sprzedawać pozłacanych gadżetów!
Natomiast minionej soboty nogi same poniosły na Notting Hill, prawdziwe ogrodowe wzgórze w centralnym Londynie. Nic na to nie poradzę - pełna nadziei spodziewałam się kameralnej wioski, a w niej średnio zatłoczonego targu, pytlujących zakumplowanych handlarzy i, oczywiście, niebieskich drzwi oraz księgarni turystycznej. Znalazłam duszne sklepy ze wszystkimi winylami świata i znudzonymi punkowymi sprzedawcami jak z filmu "Przeboje i podboje". Raj. A między tłumem ludzi schowane, spadziste, bezludne uliczki, zamknięte prywatne ogrody i odsłonięte okna, strzeżone przez kolorowe drzwi. To jest to samo Notting Hill, to samo, które widziałam dobrych kilka razy w telewizji, zwykle na Święta. I jest rzeczywiście wspaniałe.
![]() |
| Kiedy robiłam zdjęcie tej okładki płyty winylowej, zblazowany sprzedawca patrzył na mnie z lekkim rozbawieniem i pobłażliwością. A wręcz przychylnie. |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz