środa, 19 września 2012

Kroniki londyńskie. Mgliste uczucie


Musisz mieć luza. Bierz tylko taką pracę, na jaką masz ochotę. Kiedy będą ci rozkazywać, nie przejmuj się, rób swoje. A jak coś nie pasuje - odchodzisz i szukasz dalej. Przyjechałem do Londynu na trzy miesiące, chciałem się odciąć od nieszczęścia, które mnie dotknęło w Polsce. Siedzę tu już osiem lat. Jeżeli lubisz szaleńczy tryb życia miasta, możesz tak ciągnąć latami - usłyszałam wczoraj od artysty, który codzienną pracę w pubie przerywa czasem projektowaniem kostiumów teatralnych. Okazji nie ma wiele. 


Dzisiaj znajdę pracę - powiedziałam sama do siebie, wzięłam plik CV pod pachę i ruszyłam wzdłuż King's Road. Pierwsza okazja na stanowisko z trochę wyższej półki dość szybko przepadła, a wraz z nią rozwiały się złudzenia. Londyn nauczył mnie przegrywać - powiedziała kiedyś Dominika. Ciągle wolą kogoś more successful na to stanowisko. A kto może być bardziej successful niż ja! - denerwuje się znajoma scenografka, od lat w UK. O pracę w zawodzie bardzo ciężko, nawet znajomości okazują się mało pomocne. Czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na przeszkodzie stoi to, że jestem Polką. 

Wchodzę do knajpy, biorą ode mnie kartkę, od razu pytają o narodowość. -I'm from Poland. -Oh...

Im dalej, tym przyjemniej. Czasem zaskakująco. Wchodzę do miejsca, które z zewnątrz wygląda całkiem całkiem. Chelsea Theatre. W środku mały bar,  staruszkowie grają w karty, czytają gazety, rozpijają kawę czy herbatę. Jedyny młody człowiek wychodzi z biura posyłając mi zaciekawione spojrzenie. Wychodzę. U nas takie rzeczy to smutne domy seniora, świetlice o złuszczonych zielonych ścianach. Potem sklepy, knajpy, puby; omijam bardzo eleganckie, nie przywiozłam ubrań. Moja tożsamość, przeszłość i osiągnięcia rozpływają się, zostaje zupełnie nowy status. Tutaj jestem początkującą figurką we mgle. Każda rozmowa idzie swobodniej. Kiedy pytam, czy mogę zostawić CV, odpowiadają: Sure! Good luck!!! Potem nawiązują się rozmowy, wiara w płynną angielszczyznę wreszcie wraca. Każde kolejne drzwi to londyńska niespodzianka - piękny mały sklep z czekoladkami, mydłami-pachnidłami, meblami, w środku weseli młodzi ludzie z całego świata. I kolejna niebiańska księgarnia, zawalona tomami aż pod sufit, chaotyczna, ciasna, z siwowłosym, szczupłym i wysokim panem księgarzem w okularach. Rozmawia akurat poważnie z innym, korpulentnym, starszym dżentelmenem, wspartym na parasolu. Kręcę się, kartkuję pachnące strony. Nie zamierzają kończyć wywodu o publikacjach. Wyszłam z żalem. Za trzecim razem się odważę. Londyńskie księgarnie to miejsca z wyższej półki. 


Pierwszy telefon już zadzwonił. Pan ze Starbucksa też zagroził, że się odezwie,  chociaż wnętrze strasznej kawiarni nie wyglądało zachęcająco, pracownicy wodzili błędnym wzrokiem dookoła. Jestem tu nikim i nie mam przeszłości, ale serce wielkiego miasta bębni szybko, światła skrzą się wesoło, ruchliwe ulice przecinają ciche, przepiękne schrony dla pieszego, który chce mieć trochę spokoju. Poczułam niebezpieczeństwo - mogę się w tym miejscu zakochać. Zapomnieć, po co tu jestem i wpaść w wir porywający tylu uciekinierów i poszukiwaczy przygód. 

Zapiszę w notesie swoje cele i marzenia, żeby zapamiętać. 

2 komentarze:

  1. trzymam kciuki za księgarnie! notes obowiązkowy, moja lista na jesień niemiłosiernie się wydłuża..
    mitek pozdrawia

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też trzymam kciuki za siebie w księgarni, po prostu je tutaj uwielbiam! :)
    ściski mitku

    OdpowiedzUsuń