piątek, 24 sierpnia 2012

W poszukiwaniu metafizyki (English version - previous post)


Nie będę tłumaczyć, czym jest filozofia jogi i medytacja. Za mało o tym wiem, prawie nic. Przyglądam się z ciekawością, czasem próbuję zbliżyć do tego świata, zawsze jednak zachowując dystans. Małgorzata i Katarzyna Nowakowskie, dla mnie po  prostu Gosia i Kasia, osiągnęły wysoki poziom wtajemniczenia. Wyrwane z pragmatycznego, warszawskiego kontekstu, który znam, przywożą mi z Indii wonne kadzidełka, opowiadają o zachodzie słońca na plaży i tańcu; o wędrownych cyganach-artystach, którzy przemierzają Azję w wielokulturowych taborach, zupełnie wolni, bez zobowiązań. Mają czas na wsłuchiwanie się w siebie, nie pędzą w pogoni za karierą, wierzą w intuicję. Łączą radość życia i zabawę z niewmuszoną dyscypliną - alkohol, papierosy, fastfoody, to nie dla nich. Bliźniaczki - dobre duchy. Alternatywne z wewnętrznej potrzeby. 

od lewej: Kasia i Gosia

Zebrałam wypowiedzi Gosi i Kasi w jedno. Ich słowa uzupełniają się nawzajem, chociaż każda z nich ma bardzo osobisty, indywidualny stosunek do doświadczenia medytacji i spotkania z guru. 

 To było 7 lat temu. Nasza mama [Grażyna Dobroń - prowadzi w radiowej Trójce audycje o zdrowiu i sztuce dobrego życia - przyp. ja] wróciła z Indii wyjątkowo promienna. Pokazała nam zdjęcie guru, u którego medytowała, zachęcona przez przypadkowo spotkanych, natchnionych radością ludzi. Zobaczyłyśmy Om Gurudev Janglidasa Maharaj i, jakoś tak intuicyjnie, za wszelką cenę postanowiłyśmy go poznać, też spróbować życia w aśramie. Mama zdecydowanie odradzała, mówiła, że czeka nas asceza, że jesteśmy na to za młode. Uparłyśmy się. Kiedy wysiadłyśmy z samolotu w Bombaju, poczułyśmy to parne, gorące powietrze i oszałamiającą mieszaninę zapachów - słońca, ziemi, kadzidła, ciepłej skoszonej trawy, pyłu, który wszędzie się osadza. Obie pomyślałyśmy to samo: jesteśmy w domu. 

Aśram znajduje się w stanie Maharasztra, nieciekawym krajobrazowo, raczej nizinnym. Nasza pierwsza wizyta nie była łatwa. Panowały spartańskie warunki, po pokoju chodziły mrówki i inni tego typu "lokatorzy", zbyt małe łóżka pokrywał pył, a do łazienki pozbawionej ciepłej wody trzeba było się przeciskać bokiem. Dzisiaj wszystko wygląda zupełnie inaczej, wtedy jednak było ciężko. Byłyśmy przerażone.


Potem spotkałyśmy się z Babaji (oznacza to "ojca", tak się mawia na guru), który siedział w towarzystwie dwóch innych joginów. Jeden z nich, ubrany na różowo, miał w oczach prawdziwą dzikość. Jest jednym z tych, którzy medytują samotnie na skałach Himalajów. Patrzył na nas z dużą rezerwą, jakby nie wierzył, że potraktujemy rozwój duchowy poważnie. Tymczasem sam Babaji zrobił na nas niesamowite wrażenie. Bardzo długo nie mogłyśmy powstrzymać emocji i pod wpływem jego spojrzenia zalewałyśmy się łzami. Dlaczego? Nie mogłyśmy znieść tej energii w jego oczach, ogromnej ojcowskiej miłości, uwagi i opieki, jaką nas otaczał. Miałyśmy wrażenie, że na to nie zasługujemy. Przez pierwsze trzy lata całkowicie nas onieśmielał. Dzisiaj mamy z nim zupełnie inną relację, nawet sobie wspólnie żartujemy. 

Dzień w aśramie zaczyna się już o 5 rano, medytacją. Medytujemy 7-8 razy dziennie, z przerwami na "święty czaj" (herbata z mlekiem i nieprzyzwoitą ilością cukru) i posiłki. Szczegółowy rytm dnia się zmienia. Jesteśmy najmłodszymi uczennicami Babaji. Przyjeżdżają do niego ludzie z różnych krajów, różnych wyznań, również chrześcijanie. Janglidas Maharaj nie utożsamia filozofii jogi z hinduizmem, naucza uniwersalnego rozwoju duchowego. Zabrania kultu swojej osoby lub swojego wizerunku, niechętnie pozwala na robienie sobie zdjęć. Naucza, że medytacja to samodzielne poszukiwanie duszy, a następnie wielbienie jej. W chrześcijaństwie istnieje podobna forma modlitwy - oratio pura, modlitwa czysta.   Żeby zrozumieć, na czym to wszystko polega, trzeba się samotnie, cierpliwie zmierzyć z medytacją, nikt jej ciebie nie nauczy. 

[Jeżeli ktoś chciałby pogłębić wiedzę na temat filozofii Babaji - polecam artykuł Tadeusza Sobolewskiego z GW o Janglidasie:   http://omgurudev.w.interia.pl/prasa.htm#tadeusz]

Oczywiście, miałyśmy wiele wątpliwości, czy ścieżka medytacji to aby na pewno dobra droga, czy nie kosztuje zbyt wiele wyrzeczeń. Dzisiaj jesteśmy pewne, że wszystko potoczyło się tak, jak powinno. Nie wyrzekamy się zabawy, tańca, spotkań z przyjaciółmi. Medytacja jest dla nas jednak bardzo ważna, jest sposobem na życie. 

W każdą sobotę (od 12) i w każdy wtorek (od 18.30) dziewczyny organizują w Warszawie spotkanie medytacyjne, otwarte dla każdego i bezpłatne. Czekają też na wrześniową wizytę Babaji w Polsce.
Szczegółowe info: http://www.atmapolska.pl/medytwawa.html)

Jeden z uczestników tłumaczył mi, że wspólne medytacje pozwalają mu na koncentrowaniu się na swoim wnętrzu i uważne przyglądanie się temu, co dzieje się w środku. Przychodzą znajomi, ale też ludzie zainteresowani kulturą Wschodu i...ściągnięci z ulicy. Na przykład Krzysztof Lottig, muzyk grający na  hangu, ulubionym instrumencie bliźniaczek. Występuje pod Metrem Centrum, gdzie został zauważony najpierw przez Gosię, a 10 minut później, zabawnym i niesamowitym zbiegiem okoliczności, przez Kasię. Jedna po drugiej, nie konsultując się ze sobą, zaprosiły Krzysztofa na medytacje. Dzięki temu grupa mogła posłuchać pięknego koncertu - hang brzmi jak muzyka stworzona z deszczu. 

Ja też czasem wpadam pomedytować. Dzięki temu coraz częściej (śmielej?) myślę o pierwiastku metafizycznym i odnoszę wrażenie, że życie staje się  trochę bogatsze. O co? Tego jeszcze nie wiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz