Mieszkam tu od jakichś 5 lat. Przesiaduję na pochyłym balkonie, z którego roztacza się widok "jak na każde piękne miasto w Europie" (słowa Elizy, Amerykanki). Pod stopami trochę Berlin, trochę Paryż, na wschodzie wyrasta z pudełek niskich budynków posępna bryła kościoła Świętego Jakuba. Dookoła, na Słupeckiej, Niemcewicza, Kaliskiej, liczne dziuple o przywiędłych szyldach, zamieszkiwane za dnia przez przez szewców. Jeden z tych panów, stareńki, zaprasza po odbiór butów w "poniedziałek po obiedzie". Pani bez zęba, ale z papierosem, sprzedaje za rogiem pieczywo w mikroskopijnej piekarni. Pod blokiem pachnie fajką wodną a niemiła sklepikarka z delikatesów rzuca na ladę garść monet, bez zbędnych podziękowań. "To taka prawdziwa, stara Warszawa" - usłyszałam dawno temu na temat Ochoty. Starsi ludzie siedzą na ławkach i wspominają wojnę. Do centrum blisko, nocuje się tu i załatwia sprawunki, chociaż okolica jest naprawdę ładna, od Filtrów aż do Pola Mokotowskiego. Piwo można wypić pod "grzybkiem" na Placu Narutowicza, kawę w Filtrach.
Ostatnio wyszłam do biblioteki na Baśniową, żeby wypożyczyć kruchą ze starości książkę marynistyczną o przygodach angielskiego żeglarza oraz kryminał Chandlera. Mocno zadarłam głowę, żeby spojrzeć na swój blok z dołu, od strony Kaliskiej. Napotkałam spojrzenie dwojga staruszków, śledzących mnie z wysoka, spod kolorowego parasola. I nagle żółty klocek pod niebieskim niebem wydał mi się całkiem harmonijny, a wręcz ładny. Nie tak spektakularny, jak balkonowa panorama; smutny z barwnymi elementami wesołości. W drodze na Baśniową zapuściłam się w zamknięte podwórka, gdzie ludzie układają stosy śmieci z mebli.
Koty nudzą się w oknach i nawet nie wiedzą, jak pasują do ścian.
Mieszkańcy dodają róże i fiolety do melancholijnych majtkowo-przypalanych tynków.
A w okolicy, na Częstochowskiej, można się natknąć na przedziwną witrynę modystki, stłuczoną, z głowami manekinów bez okrycia głowy.
Po przeciwnej stronie ulicy, na Grójeckiej, zatrzymał mnie kapelusznik. Zakład z innej epoki, nawiedzany przez siwowłose panie, które wchodzą i wychodzą. Pierwszy raz odważyłam się zajrzeć do środka i zasięgnąć języka. W ciasnym, kwadratowym, trochę zduszonym upałem pomieszczeniu nie było nikogo, ale za kotarą stukała maszyna do szycia. Na słowa "dzień dobry" wyłoniła się starsza pani w okularach. Za zasłoną druga właścicielka, w podobnym wieku, niewzruszenie szyła. "Kapelusznik to ktoś, kto wyrabia wyłącznie męskie kapelusze. Kapeluszników już nie ma w Warszawie, ta manufaktura odeszła w zapomnienie. My jesteśmy modystkami i robimy nakrycia głowy tylko dla pań, zajmujemy się też poprawkami krawieckimi. Przejęłyśmy ten zakład od Spółdzielni Kapeluszników Moderna, istniejemy ok. 30-40 lat. Zainteresowanie jest małe, ale jakoś się utrzymujemy, skromnie. Teraz jednak wszyscy wolą gotowce."
Kupiłam z budce los Lotto, pierwszy raz w życiu. Ale nie wygrałam.
W moim ulubionym podwórku na Węgierskiej we wszystkich oknach są jeszcze nieszczelne firanki, przepuszczające głośne przekleństwa awantur domowych i szumy telewizorów.
Ta kamienica przetrwała wojnę i od tej pory nikt nie zalepił jej ran wojennych.
Jechałam rowerem na "spacer", kiedy pierwszy raz zauważyłam tego fotografa przy Placu Narutowicza. "Firma istnieje od 1919 roku", na drzwiach dumny portret Piłsudskiego. Myślę: czy to manifestacja pewnych poglądów politycznych lub uczuć patriotycznych, czy może naprawdę protoplasta rodziny fotografów wykonał to zdjęcie? W środku dużo pamiątkowych dyplomów (niektóre bardzo stare) i nagród, notatki o historii firmy. "Dziadek mojego męża, Leonard Siemaszko, mieszkał w Wilnie. Był przewodniczącym cechu fotografów. To właśnie on wykonał na przykład to zdjęcie" - ręka wskazuje na wspomniany wizerunek marszałka. W obiegu aukcyjnym krąży "Portret kobiety z kotem" Leonarda Siemaszki, czyli wizerunek pierwszej ukochanej Piłsudskiego. Popełniła samobójstwo w 1901 roku. W Zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego - wiele pejzaży z Wileńszczyzny, wizerunek pulchnej tancerki Sabiny Matuszewskiej o kocich oczach i z perłami we włosach; fotografie 3 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, a wśród postaci w mundurach jeden z synów Siemaszki. Po latach syn Zbigniew, a następnie wnuk Maciej, z powodzeniem przejęli fotograficzny warsztat, a rodzinna firma po kilku przeprowadzkach wreszcie trafiła na Ochotę. Lubię myśleć, że u Siemaszków wywołuje się zdjęcia pod powiększalnikiem, w skupieniu, w piwnicznej ciemni starej kamienicy. Nie pytałam, jaka jest prawda.
A na Chotomowskiej przedszkole dla Dziewczynek i Chłopców z Zapałkami, z najsmutniejszym zakratowanym oknem, jakie może sobie wyobrazić dziecko.
Porządku w okolicy pilnuje podwórkowa kapliczka, pod którą dziady uliczne lubią układać butelki po piwie. Szyby ma jednak przetarte, a kwiaty w miarę świeże.
Dziwna ta Ochota. Tak blisko centrum, a tak bardzo z innej epoki. Kiedyś tu wrócę. Ciekawe, czy nadal czas będzie tu przesuwał rzeczywistość tak powoli, jak teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz